O dziwo, nie zbudziłam się wśród ludzi. W ogóle zdziwił mnie fakt, że się obudziłam. Leżałam w jakimś rowie, a wokół mnie chodziło kilka leśnych padlinożerców.
- Zostawcie mnie - krzyknęłam. - Jeszcze żyję!
Wstałam, odczuwając ból gdzieś pomiędzy żebrami. Mimo to na zewnątrz pozostałam twarda, starając się wystraszyć zwierzęta. Te odeszły zupełnie niezainteresowane mną.
Zaczęłam dochodzić do pewnych wniosków. Skoro nawet padlinożercy się mną zainteresowani, to tym bardziej znaczy, że tamci ludzi myśleli, że... i rzucili mnie do tego rowu, aby jakieś zwierzaki zadowoliły się mną! Tylko, czy to możliwe, ech..
Spojrzałam w niebo; słońce właśnie zachodziło. Chwiejnym krokiem poszłam przed siebie. Byłam ciekawa, jak długo byłam nieprzytomna... I, przede wszystkim, gdzie jestem i skąd ten ból w żebrach. Po chwili jednak ból był znacznie mniejszy i mogłam iść normalnie, łapiąc zupełną równowagę.
Nie wiem, jak długo szłam, ale na pewno trochę tego czasu minęło, gdyż słońce już całkowicie zaszło. Przystanęłam dopiero wtedy, gdy ujrzałam wysokie ogrodzenie zrobione z jakichś prętów czy jakiegoś rodzaju metalu. Nie mając nic ciekawszego do robienia, poszłam wzdłuż płotu. Ten jakby się nie kończył.
Potem poczułam głód i zmęczenie; nie miałam już energii, aby cokolwiek upolować, więc postanowiłam najpierw się zdrzemnąć.
Obudził mnie głośny plusk wody. Otwarłam oczy i zobaczyłam, że niedaleko jest małe jeziorko, z którego pije średniej wielkości, gruby zając. Wstałam, z planem zjedzenia go na śniadanie.
Poszłam na około, aby zwierzę mnie nie widziało. Kiedy już byłam w odpowiedniej odległości, aby na niego skoczyć, stado jakichś kruków spłoszyło się. Ptaki przestraszyły moją ofiarę, która od razu rzuciła się do ucieczki. Ruszyłam za nią. W pysku poczułam smak zająca, och, jaki on musi być pyszny... To sprawiło, że jeszcze bardziej przyspieszyłam.
Wbiegliśmy do lasu, a zajączek biegł slalomem, starając się, abym wpadła w drzewo. Wkrótce potem udało mi się schwytać stworzenie. Zwierzę starało się wydostać z mojego mocnego uścisku, a ja jeszcze bardziej zanurzyłam kły w jego ciele. Po chwili zając skonał, a ja zabrałam się do jedzenia.
Po sytym posiłku przypomniał mi się płot, który był bardzo długi. Ruszyłam go szukać, a gdy go już znalazłam, poszłam wzdłuż niego.
W końcu zobaczyłam, że płot zaczyna skręcać. Przystanęłam i przyjrzałam się, ciekawa, co jest za ogrodzeniem. Zobaczyłam park i chodniki, po którym wędrowali ludzie. Cofnęłam się w cień padający od jednego z większych modrzewi, aby oni mnie nie ujrzeli.
Po chwili zauważyłam matkę z około sześcioletnią córeczką. Ta szła w patykiem waty cukrowej w jednej ręce, drugą trzymając dłoń mamy. Dziewczynka zauważyła mnie i przyglądała się zaciekawiona. Wskazała na mnie watą cukrową, mówiąc coś do swojej mamy. Ta wyjęła z torby jakieś pudełko i po chwili błysnęło dziwne światło. Odwróciłam się, a po nawet nie sekundzie ten blask zgasł. Przyjrzałam się. Kobieta pokazywała pudełko swojej córce, a mała powiedziała:
- Ładne zdjęcie, mamusiu!
Zdjęcie? Pudełko, które robi jakieś... zdjęcia?
Chodnikiem przechodzili też inni ludzie, którzy obserwowali mnie, rośliny, i inne zwierzęta będące poza ich zasięgiem, za ogrodzeniem. Kiedyś słyszałam o takim miejscu i nie wierzyłam, że kiedyś tu trafię.
Byłam w jakimś rezerwacie dla zwierząt. Nie myliłam się, że byłam na wolności. Tyle, że to była wolność... z ograniczeniami.
sobota, 19 października 2013
wtorek, 13 sierpnia 2013
RozdziaŁ XVII: Walka
Wybiegłam z budynku. Cieszyłam się, że moja moc uwolniła się, tylko szkoda, że miała takie konsekwencje. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest budka, w której siedziała znajoma kobieta. Ta, widząc mnie wolną, bez mężczyzn, zaczęła krzyczeć, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
Przystanęłam i spojrzałam na kobietę. Ta znów krzyknęła.
- Odejdź ode mnie! Odejdź!
Po chwili przybiegli jacyś mężczyżni. Byli silnie zbudowani. Moc znów we mnie zawrzała, gdy zobaczyłam bronie w ich rękach. Było ich siedmiu.
- Krista! - zawołał jeden z nich do kobiety siedziącej w budce. Wskazał brodą na mnie, a potem na broń, którą dzierżył w dłoniach.
- Dobrze - odrzekła Krista lekko drżącym głosem.
Mężczyzna przytaknął.
Zaczęłam warczeć. Poczułam, jak moc we mnie chciała za wszelką cenę się wydostać. Symbol na mojej łapie znów zaświecił. Na ten widok dwoje z ludzi uciekło, pewnie się wystraszyli. Może wiedzieli o tym, że jestem dhamonem? Na to wygląda. To po co mnie zabrali z lasu? Nie musieliby teraz się tak mnie bać. Pozostała piątka mężczyzn wycelowała we mnie swoje bronie. Co to za logika? Najpierw mnie łapią, a teraz chcą się mnie pozbyć. Niech się zdecydują!
To dobry moment, aby wypuścić moc - pomyślałam, po czym pozwoliłam energii uwolnić się z mojego ciała. Podobało mi się to uczucie, mimo że miało takie konsekwencje. Poczułam znów to samo ciepło, co zaledwie dziesięć minut temu.
W tym momencie mężczyźni strzelili do mnie. Wiele pocisków leciało w moją stronę. Podskoczyłam jak najwyżej do góry, aby ominąć kule. Obróciłam się w powietrzu tak, aby jak najlepiej wylądować. Gdy tylko moje łapy dotknęły ziemi, odbiłam się od gruntu i skoczyłam w stronę jednego z mężczyzn. Ci strzelali jak wariaci. Usłyszałam krzyk przerażonej Kristy. Jeden facet uderzył mnie w głowę swoim pistoletem. Zacisnęłam mocniej szczęki, a gdy poczułam, że mężczyzna, którego zaatakowałam już nie walczy, odwróciłam się i zawarczałam na tego, który znów chciał mnie uderzyć.
- STOP!!! - usłyszeliśmy krzyk.
Zapanowała cisza. Wszyscy się zatrzymali i spojrzeli na Kristę - to ona krzyknęła.
- Zaprzestajcie walki - powiedziała już ciszej. - Spójrzcie.
Wszyscy zwrócili twarze do mnie. Chciałam zaatakować znow, ale moc we mnie uspokoiła się, a moje łapy stały się jak z waty i ugięły się pode mną. Poczułam osłabienie. Widocznie użyłam zbyt dużo mocy. Dopiero teraz usłyszałam, jak ciężko dyszę, zauważyłam, jaka jestem zmęczona. Dwóch mężczyzn weszło do budynku, w którym była moja pierwsza walka przy użyciu mocy. Gdy wracali z noszami, ja straciłam przytomność.
Przystanęłam i spojrzałam na kobietę. Ta znów krzyknęła.
- Odejdź ode mnie! Odejdź!
Po chwili przybiegli jacyś mężczyżni. Byli silnie zbudowani. Moc znów we mnie zawrzała, gdy zobaczyłam bronie w ich rękach. Było ich siedmiu.
- Krista! - zawołał jeden z nich do kobiety siedziącej w budce. Wskazał brodą na mnie, a potem na broń, którą dzierżył w dłoniach.
- Dobrze - odrzekła Krista lekko drżącym głosem.
Mężczyzna przytaknął.
Zaczęłam warczeć. Poczułam, jak moc we mnie chciała za wszelką cenę się wydostać. Symbol na mojej łapie znów zaświecił. Na ten widok dwoje z ludzi uciekło, pewnie się wystraszyli. Może wiedzieli o tym, że jestem dhamonem? Na to wygląda. To po co mnie zabrali z lasu? Nie musieliby teraz się tak mnie bać. Pozostała piątka mężczyzn wycelowała we mnie swoje bronie. Co to za logika? Najpierw mnie łapią, a teraz chcą się mnie pozbyć. Niech się zdecydują!
To dobry moment, aby wypuścić moc - pomyślałam, po czym pozwoliłam energii uwolnić się z mojego ciała. Podobało mi się to uczucie, mimo że miało takie konsekwencje. Poczułam znów to samo ciepło, co zaledwie dziesięć minut temu.
W tym momencie mężczyźni strzelili do mnie. Wiele pocisków leciało w moją stronę. Podskoczyłam jak najwyżej do góry, aby ominąć kule. Obróciłam się w powietrzu tak, aby jak najlepiej wylądować. Gdy tylko moje łapy dotknęły ziemi, odbiłam się od gruntu i skoczyłam w stronę jednego z mężczyzn. Ci strzelali jak wariaci. Usłyszałam krzyk przerażonej Kristy. Jeden facet uderzył mnie w głowę swoim pistoletem. Zacisnęłam mocniej szczęki, a gdy poczułam, że mężczyzna, którego zaatakowałam już nie walczy, odwróciłam się i zawarczałam na tego, który znów chciał mnie uderzyć.
- STOP!!! - usłyszeliśmy krzyk.
Zapanowała cisza. Wszyscy się zatrzymali i spojrzeli na Kristę - to ona krzyknęła.
- Zaprzestajcie walki - powiedziała już ciszej. - Spójrzcie.
Wszyscy zwrócili twarze do mnie. Chciałam zaatakować znow, ale moc we mnie uspokoiła się, a moje łapy stały się jak z waty i ugięły się pode mną. Poczułam osłabienie. Widocznie użyłam zbyt dużo mocy. Dopiero teraz usłyszałam, jak ciężko dyszę, zauważyłam, jaka jestem zmęczona. Dwóch mężczyzn weszło do budynku, w którym była moja pierwsza walka przy użyciu mocy. Gdy wracali z noszami, ja straciłam przytomność.
środa, 7 sierpnia 2013
ROZDZIAŁ XVI: Dziwne przeżycie
Szukałam go już trzy dni. Przeszłam wiele, wiele kilometrów, szukając go, jednak bez skutku. Moje nadzieje były już bardzo niskie, że go odnajdę.
Właśnie schodziłam z jakiegoś pagórka, kiedy usłyszałam jakieś głosy. Słyszałam wśród nich skomlenie. Ciekawa pobiegłam w ich stronę.
Byłam coraz bliżej głosów. W końcu stanęłam tam, gdzie wydawały mi się najgłośniejsze. Ale... nikogo nie widziałam. Zdziwiłam się. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejkolwiek istoty żywej. Jednak zauważyłam ptaki śpiewające na czubkach wysokich drzew.
Zza krzaków wyłoniły się jakieś postacie. Były wysokie, poruszały się dość szybko, na dwóch nogach...
Ludzie.
Ludzie i ciemność.
Otwarłam oczy. Rozejrzałam się, mając nadzieję, że nie jestem w jakiejś jaskini czy klatce.
Nie, było jeszcze "lepiej" - byłam w jakiejś przyczepie. Przed sobą zobaczyłam coś białego, było to tak blisko, że nie mogłam tego dojrzeć - obraz był zamazany. Odsunęłam pysk do tyłu, aby to zobaczyć, i jak się okazało, był to... Trampek?!
Spojrzałam w górę; człowiek, a raczej ludzie. Było ich troje. Miałam zamiar coś zdziałać, uciec, ugryźć wrogów. Chciałam wstać, ale nie mogłam; w ostatniej chwili zorientowałam się, że mam związane łapy i pysk, przez co nie mogłam się podnieść, ani nikogo ugryźć.
- Pamiętasz te głosy? - odezwał się jeden z nich.
Pokazał mi dyktafon i odtworzył zawartość. Nagrane na nim zostały odgłosy należące do wilków. Wszyscy zaśmiali się. Warknęłam, bo tylko to mogłam zrobić. A ja naiwna, podejrzewałam, że to jakiś wilk!
Wtedy ciężarówka zatrzymała się, z lekkim piskiem. Usłyszałam trzask drzwiczek pojazdu od strony kierowcy, a po chwili od strony pasażera. Zobaczyłam światło słoneczne bijące z zewnątrz; przyczepa była otwierana.
Dwóch mężczyzn wniosło klatkę do środka; chcieli mnie tam wsadzić. Oni są nielogiczni. Mogli mnie od razu wpakować do klatki, niezwiązaną. Wpakowali mnie do środka i rozwiązali - no, prawie. Na szczęście mogłam stanąć na łapach w klatce, jednak nie rozwiązali mi szmatki, która była zaciśnięta na moim pysku.
Wynieśli mnie i odetchnęłam wreszcie świeżym powietrzem. Obawiałam się, że to znowu jakieś walki psów, czy inne męczarnie. Jednak zobaczyłam przed sobą las, za nim polana, przez którą pędziła rzeka, kończąca się na jeziorze. Widać było wiele zwierząt biegającym po tej pięknej krainie.
Zdziwiłam się. O co chodzi? - pomyślałam.
Po chwili, zdałam sobie sprawę, że moja klatka została otwarta i że zapięto mnie na łańcuch. Idę w stronę tej pięknej krainy... Dopiero teraz ujrzałam ogrodzenie wokół tych lasów, polany i rzeki, a tuż przy wejściu jakąś budkę, w której siedziała jakaś kobieta. Za tym małym budyneczkiem stał nieco większy.
Weszliśmy do środka i stanęliśmy przy budce. Nie wiem dlaczego, ale nie stawiałam żadnego oporu. Jakoś nie czułam tej potrzeby.
- To ona? - spytała kobieta.
- Tak - przytaknął mężczyzna, który trzymał mój łańcuch.
- Odprowadźcie ją - powiedziała.
- Czy to dobry pomysł? - upewnił się drugi mężczyzna. - Przecież już wszystko wiemy...
- Tylko na jeden dzień.
- No dobrze.
Kiedy poszliśmy do tego większego budynku, poczułam niepokój. Może te piękne krajobrazy to jakaś atrapa? Nawet nie wiedziałam, co myślałam, kiedy zobaczyłam te widoki. Że mnie wypuszczą na wolność? Nieeeee....
Otwarto ciężkie drzwi. Poszliśmy krętymi korytarzami, a w końcu stanęliśmy przed właściwymi drzwiami. Jeden z mężczyzn otworzył je.
O dziwo nie zauważyłam tam okien - pokój rozświetlały lampy umieszczone w suficie. Pomieszczenie nie miało stołów, krzeseł ani w ogóle żadnych mebli. Zapełnione było w klatkami różnej wielkości i rodzaju. Kazali mi wejść do jednej z nich, a ja się uparłam wszystkimi czterema łapami. Spróbowali mnie popchnąć, ale ja wtedy odskoczyłam na bok - jeden nawet prawie się przewrócił.
Poczułam złość, furię i pewność siebie. Czułam jakąś energię przepływającą przeze mnie, była gorąca, ale nie parzyła. W miarę, jak wszystkie złe emocje we mnie się powiększały, tym bardziej czułam tę dziwną moc...
Mężczyźni spojrzeli na mnie i ruszyli w moim kierunku, aby mnie złapać. Poczułam, jak ta energia chce ze mnie wyjść - nie mogłam tego inaczej opisać. Nie wiem, jakim cudem, ale pozwoliłam jej wyjść ze mnie. Moje wzory na łapie zaczęły się lekko świecić, poczułam, że też coś się dzieje z moimi oczami. Coś nade mną zawładnęło, że nie mogłam nic zrobić, tego powstrzymać - mimowolnie skoczyłam w kierunku jednego z mężczyzn. Szmatka, która dotąd zawiązywała mi pysk, rozdarła się z niewiadomego powodu, co pozwoliło mi ugryźć faceta.
Zaatakowałam następnych, pozwalając mocy zawładnąć nade mną.
Kiedy było już po wszystkim - czytaj; wszyscy mężczyźni leżeli skuleni z bólu na ziemi - dyszałam ciężko. Nie wiedziałam, co się stało, nie przyjmowałam tego do świadomości. Spojrzałam na otwarte drzwi i wybiegłam przez nie. Po paru minutach znalazłam wyjście z tego budynku.
Co to mogło być? Czyżby moc dhamona?! W każdym razie wiem jedno; to było na prawdę dziwne przeżycie..
Właśnie schodziłam z jakiegoś pagórka, kiedy usłyszałam jakieś głosy. Słyszałam wśród nich skomlenie. Ciekawa pobiegłam w ich stronę.
Byłam coraz bliżej głosów. W końcu stanęłam tam, gdzie wydawały mi się najgłośniejsze. Ale... nikogo nie widziałam. Zdziwiłam się. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejkolwiek istoty żywej. Jednak zauważyłam ptaki śpiewające na czubkach wysokich drzew.
Zza krzaków wyłoniły się jakieś postacie. Były wysokie, poruszały się dość szybko, na dwóch nogach...
Ludzie.
Ludzie i ciemność.
* * *
Otwarłam oczy. Rozejrzałam się, mając nadzieję, że nie jestem w jakiejś jaskini czy klatce.
Nie, było jeszcze "lepiej" - byłam w jakiejś przyczepie. Przed sobą zobaczyłam coś białego, było to tak blisko, że nie mogłam tego dojrzeć - obraz był zamazany. Odsunęłam pysk do tyłu, aby to zobaczyć, i jak się okazało, był to... Trampek?!
Spojrzałam w górę; człowiek, a raczej ludzie. Było ich troje. Miałam zamiar coś zdziałać, uciec, ugryźć wrogów. Chciałam wstać, ale nie mogłam; w ostatniej chwili zorientowałam się, że mam związane łapy i pysk, przez co nie mogłam się podnieść, ani nikogo ugryźć.
- Pamiętasz te głosy? - odezwał się jeden z nich.
Pokazał mi dyktafon i odtworzył zawartość. Nagrane na nim zostały odgłosy należące do wilków. Wszyscy zaśmiali się. Warknęłam, bo tylko to mogłam zrobić. A ja naiwna, podejrzewałam, że to jakiś wilk!
Wtedy ciężarówka zatrzymała się, z lekkim piskiem. Usłyszałam trzask drzwiczek pojazdu od strony kierowcy, a po chwili od strony pasażera. Zobaczyłam światło słoneczne bijące z zewnątrz; przyczepa była otwierana.
Dwóch mężczyzn wniosło klatkę do środka; chcieli mnie tam wsadzić. Oni są nielogiczni. Mogli mnie od razu wpakować do klatki, niezwiązaną. Wpakowali mnie do środka i rozwiązali - no, prawie. Na szczęście mogłam stanąć na łapach w klatce, jednak nie rozwiązali mi szmatki, która była zaciśnięta na moim pysku.
Wynieśli mnie i odetchnęłam wreszcie świeżym powietrzem. Obawiałam się, że to znowu jakieś walki psów, czy inne męczarnie. Jednak zobaczyłam przed sobą las, za nim polana, przez którą pędziła rzeka, kończąca się na jeziorze. Widać było wiele zwierząt biegającym po tej pięknej krainie.
Zdziwiłam się. O co chodzi? - pomyślałam.
Po chwili, zdałam sobie sprawę, że moja klatka została otwarta i że zapięto mnie na łańcuch. Idę w stronę tej pięknej krainy... Dopiero teraz ujrzałam ogrodzenie wokół tych lasów, polany i rzeki, a tuż przy wejściu jakąś budkę, w której siedziała jakaś kobieta. Za tym małym budyneczkiem stał nieco większy.
Weszliśmy do środka i stanęliśmy przy budce. Nie wiem dlaczego, ale nie stawiałam żadnego oporu. Jakoś nie czułam tej potrzeby.
- To ona? - spytała kobieta.
- Tak - przytaknął mężczyzna, który trzymał mój łańcuch.
- Odprowadźcie ją - powiedziała.
- Czy to dobry pomysł? - upewnił się drugi mężczyzna. - Przecież już wszystko wiemy...
- Tylko na jeden dzień.
- No dobrze.
Kiedy poszliśmy do tego większego budynku, poczułam niepokój. Może te piękne krajobrazy to jakaś atrapa? Nawet nie wiedziałam, co myślałam, kiedy zobaczyłam te widoki. Że mnie wypuszczą na wolność? Nieeeee....
Otwarto ciężkie drzwi. Poszliśmy krętymi korytarzami, a w końcu stanęliśmy przed właściwymi drzwiami. Jeden z mężczyzn otworzył je.
O dziwo nie zauważyłam tam okien - pokój rozświetlały lampy umieszczone w suficie. Pomieszczenie nie miało stołów, krzeseł ani w ogóle żadnych mebli. Zapełnione było w klatkami różnej wielkości i rodzaju. Kazali mi wejść do jednej z nich, a ja się uparłam wszystkimi czterema łapami. Spróbowali mnie popchnąć, ale ja wtedy odskoczyłam na bok - jeden nawet prawie się przewrócił.
Poczułam złość, furię i pewność siebie. Czułam jakąś energię przepływającą przeze mnie, była gorąca, ale nie parzyła. W miarę, jak wszystkie złe emocje we mnie się powiększały, tym bardziej czułam tę dziwną moc...
Mężczyźni spojrzeli na mnie i ruszyli w moim kierunku, aby mnie złapać. Poczułam, jak ta energia chce ze mnie wyjść - nie mogłam tego inaczej opisać. Nie wiem, jakim cudem, ale pozwoliłam jej wyjść ze mnie. Moje wzory na łapie zaczęły się lekko świecić, poczułam, że też coś się dzieje z moimi oczami. Coś nade mną zawładnęło, że nie mogłam nic zrobić, tego powstrzymać - mimowolnie skoczyłam w kierunku jednego z mężczyzn. Szmatka, która dotąd zawiązywała mi pysk, rozdarła się z niewiadomego powodu, co pozwoliło mi ugryźć faceta.
Zaatakowałam następnych, pozwalając mocy zawładnąć nade mną.
Kiedy było już po wszystkim - czytaj; wszyscy mężczyźni leżeli skuleni z bólu na ziemi - dyszałam ciężko. Nie wiedziałam, co się stało, nie przyjmowałam tego do świadomości. Spojrzałam na otwarte drzwi i wybiegłam przez nie. Po paru minutach znalazłam wyjście z tego budynku.
Co to mogło być? Czyżby moc dhamona?! W każdym razie wiem jedno; to było na prawdę dziwne przeżycie..
czwartek, 27 czerwca 2013
RozdziaŁ XV: Rozmowa
Nepeese od razu wyszła z namiotu z uśmiechem. Podeszła do mnie, ukucnęła i zaczęła gadać o tym, jak cieszy się, że sobie przypomniałam o moim pokrewieństwie z Deramim i w ogóle... Ale moją uwagę przykuło to, że Derami jest przyjacielem Indianki. To wiązało się z tym, że pewnie nie będziemy mogli podróżować razem, jak ja z Gmorkiem.
Gmork. Przypomniałam sobie o nim znowu. Gdzie on może być? Mogło mu się coś stać a ja tu teraz siedzę sobie z jakąś Indianką i bratem, zostawiając go na pastwę losu... Szybko wstałam.
- Coś się stało, upi Blue? - spytała Nepeese z troską w głosie.
Poczułam się jak mały szczeniak, gdy Indianka nazwała mnie "malutką Blue". Zignorowałam to krótkie słowo, udawając, że mi nie przeszkadza, albo - jak kto woli - nie usłyszałam go.
- Nie, nic... - odparłam niedbale. - Muszę już iść.
- Jak to? - dziewczyna zdziwiła się. - Gdzie?
Nie miałam ochoty zbyt dużo mówić. Przypomniały mi się docinki Lune i Arii, że zabujałam się w Gmorku, kiedy to nie była prawda..! Lune... Aria... Ech, tyle przyjaciół dawno nie widziałam..!
- Ja... Muszę znaleźć przyjaciela - powiedziałam w końcu.
- Przyjaciela? - do rozmowy włączył się mój brat. - Mogę iść z tobą? Chętnie go poznam.
Zastanowiłam się chwilę, po czym odpowiedziałam:
- Nie. To może być niebezpieczne.
- Dlaczego tak uważasz? - zdziwił się Derami.
- On... może być wszędzie - powiedziałam. - Gdzieś zniknął. Możliwe, że jest w niebezpieczeństwie, albo że złapali go ludzie i wywieźli gdzieś daleko. Moje poszukiwania mogą trwać nawet parę lat, a z tego, co wiem, nie chciałbyś rozstawać się z Nepeese?
Widziałam, że się waha. Spojrzał na Nepeese przepraszająco.
- Nie ma sprawy - powiedziała Indianka, rozumiejąc to, co chciał jej przekazać.
- O, nie - powiedziałam stanowczo. - Najwyżej po ciebie wrócę, Derami. Ale nie obiecuję tego. Nie chcę cię narażać.
- Ale będę miał cię później na sumieniu, że zostawiłem cię samą..! - upierał się mój brat.
Był taki, jak dawniej; uparty, zawsze dąży do celu i nic nie może mu w tym przeszkodzić. Czasem jednak dało się go przekonać, że nie ma racji lub że nie może czegoś zrobić.
- Nie - odparłam. - Jeśli coś ci się stanie, to ja będę miała cię na sumieniu.
Zobaczyłam, że jest zdeterminowany. Będzie długa rozmowa... Ech, mój stary, dobry Derami. I wtedy przypomniałam sobie pewien fakt, który mógł stać się dobrym argumentem...
- Wiesz, ja dam sobie radę. Pamiętasz, jak często śmiałeś się z mojego znaku na łapie?
- Eee, tak - odparł mój brat niezdecydowanie, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Jestem dhamonem - powiedziałam prosto z mostu.
- Co to jest?
- Nepeese, wytłumacz mu... - jęknęłam. Nigdy nie lubiłam dużo mówić.
- Ale... ja też nie wiem - odparła Indianka.
- W każdym razie ja i mój przyjaciel jesteśmy rzadko spotykanymi dhamonami rozpoznawanymi przez specyficzne znaki na łapie. No i moc dhamona pomaga nam w walce. Dam sobie radę.
Derami zastanowił się chwilę, powoli interpretował to, co mu powiedziałam.
- No dobrze, zostanę - powiedział z rezygnacją. - Będę pewnie dla ciebie tylko problemem... - i zaczął się użalać nad sobą, jakim jest ciamajdą.
Nie nawidziłam, gdy tak robił - kiedy przyznawał mi rację, pozwalał na coś, a na końcu mówił, że jest bardzo biedny. Pewnie znasz dobrze to uczucie, więc wiesz, o co chodzi.
Tym razem spróbowałam zignorować Deramiego. Pożegnałam się z Nepeese i nim, po czym odwróciłam się i pobiegłam przed siebie.
Zaczynało się ściemniać, a ja biegłam dalej. W końcu wyszłam z lasu, a gdy zapadła zupełna ciemność, znalazłam jakieś schronienie i tam usnęłam.
Gmork. Przypomniałam sobie o nim znowu. Gdzie on może być? Mogło mu się coś stać a ja tu teraz siedzę sobie z jakąś Indianką i bratem, zostawiając go na pastwę losu... Szybko wstałam.
- Coś się stało, upi Blue? - spytała Nepeese z troską w głosie.
Poczułam się jak mały szczeniak, gdy Indianka nazwała mnie "malutką Blue". Zignorowałam to krótkie słowo, udawając, że mi nie przeszkadza, albo - jak kto woli - nie usłyszałam go.
- Nie, nic... - odparłam niedbale. - Muszę już iść.
- Jak to? - dziewczyna zdziwiła się. - Gdzie?
Nie miałam ochoty zbyt dużo mówić. Przypomniały mi się docinki Lune i Arii, że zabujałam się w Gmorku, kiedy to nie była prawda..! Lune... Aria... Ech, tyle przyjaciół dawno nie widziałam..!
- Ja... Muszę znaleźć przyjaciela - powiedziałam w końcu.
- Przyjaciela? - do rozmowy włączył się mój brat. - Mogę iść z tobą? Chętnie go poznam.
Zastanowiłam się chwilę, po czym odpowiedziałam:
- Nie. To może być niebezpieczne.
- Dlaczego tak uważasz? - zdziwił się Derami.
- On... może być wszędzie - powiedziałam. - Gdzieś zniknął. Możliwe, że jest w niebezpieczeństwie, albo że złapali go ludzie i wywieźli gdzieś daleko. Moje poszukiwania mogą trwać nawet parę lat, a z tego, co wiem, nie chciałbyś rozstawać się z Nepeese?
Widziałam, że się waha. Spojrzał na Nepeese przepraszająco.
- Nie ma sprawy - powiedziała Indianka, rozumiejąc to, co chciał jej przekazać.
- O, nie - powiedziałam stanowczo. - Najwyżej po ciebie wrócę, Derami. Ale nie obiecuję tego. Nie chcę cię narażać.
- Ale będę miał cię później na sumieniu, że zostawiłem cię samą..! - upierał się mój brat.
Był taki, jak dawniej; uparty, zawsze dąży do celu i nic nie może mu w tym przeszkodzić. Czasem jednak dało się go przekonać, że nie ma racji lub że nie może czegoś zrobić.
- Nie - odparłam. - Jeśli coś ci się stanie, to ja będę miała cię na sumieniu.
Zobaczyłam, że jest zdeterminowany. Będzie długa rozmowa... Ech, mój stary, dobry Derami. I wtedy przypomniałam sobie pewien fakt, który mógł stać się dobrym argumentem...
- Wiesz, ja dam sobie radę. Pamiętasz, jak często śmiałeś się z mojego znaku na łapie?
- Eee, tak - odparł mój brat niezdecydowanie, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Jestem dhamonem - powiedziałam prosto z mostu.
- Co to jest?
- Nepeese, wytłumacz mu... - jęknęłam. Nigdy nie lubiłam dużo mówić.
- Ale... ja też nie wiem - odparła Indianka.
- W każdym razie ja i mój przyjaciel jesteśmy rzadko spotykanymi dhamonami rozpoznawanymi przez specyficzne znaki na łapie. No i moc dhamona pomaga nam w walce. Dam sobie radę.
Derami zastanowił się chwilę, powoli interpretował to, co mu powiedziałam.
- No dobrze, zostanę - powiedział z rezygnacją. - Będę pewnie dla ciebie tylko problemem... - i zaczął się użalać nad sobą, jakim jest ciamajdą.
Nie nawidziłam, gdy tak robił - kiedy przyznawał mi rację, pozwalał na coś, a na końcu mówił, że jest bardzo biedny. Pewnie znasz dobrze to uczucie, więc wiesz, o co chodzi.
Tym razem spróbowałam zignorować Deramiego. Pożegnałam się z Nepeese i nim, po czym odwróciłam się i pobiegłam przed siebie.
Zaczynało się ściemniać, a ja biegłam dalej. W końcu wyszłam z lasu, a gdy zapadła zupełna ciemność, znalazłam jakieś schronienie i tam usnęłam.
piątek, 21 czerwca 2013
RozdziaŁ XIV: Nepeese i Derami
Przystanęłam dopiero wtedy, gdy zobaczyłam indiański namiot. Stałam na wzgórzu i patrzyłam z góry, jak z tipi wychodzi wysoka, opalona Indianka z długimi, czarnymi warkoczami sięgającymi prawie do bioder. Wyglądała młodo, miała chyba coś koło szesnastu lat, ale nie byłam pewna. Dziewczyna rozejrzała się i dopiero wtedy się wyprostowała.
Przedmiot, który trzymała w ręce, przyprawił mnie o dreszcze. Łuk. Przez ramię miała przewieszony kołczan ze strzałami.
Chciałam się wycofać, ale wtedy ona mnie zobaczyła. Patrzyła na mnie swoimi dużymi, ciemnymi oczami, ale ku mojemu zdumieniu nie wyciągnęła strzały z kołaczanu i nie naciągnęła jej na łuk. Uśmiechnęła się, po czym poszła w swoją stronę. Zaraz, zaraz... nie w swoją stronę, tylko w moją. Poszła przed siebie, pod górę, a wtedy skręciła dwa razy w lewo i już stała za mną.
Odłożyła na bok łuk i kołczan, na tyle daleko, aby nie mogła go sięgnąć, jakbym na nią miała skoczyć. Nie chce walki? No, wiele jest takich jak ona. A potem skądś wyciągają broń i atakują z krzykiem. Pewnie gdzieś ma sztylet, na przykład w jednym ze swoich skórzanych butów.
Zaczęłam warczeć ostrzegając dziewczynę, ukazując kły. Szkoda by było, aby jej twarzyczka nie była już taka piękna, tylko pełna blizn...
W jej oczach był strach, ale też jakaś... radość. Dziewczyna była uśmiechnięta, mimo że wiedziała, że lepiej z wilkiem lepiej nie zadzierać. Schowałam kły, czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Ucichłam, prostując się. Patrzyłam na nią, jak się zbliża, a potem kuca półtora metra przede mną. Wyciągnęła rękę w moją stronę, powoli, przemawiając do mnie spokojnie. Nie rozumiałam jej słów, owszem, słyszałam jej głos, ale nie miałam ochoty znów słuchać gadek, że ktoś jest moim przyjacielem i nie chce nic mi zrobić.
Jednak po chwili usłyszałam imię Derami. Zamarłam, patrząc na nią uważnie. Ta zamilkła.
Dziewczyna dotknęła mojego pyska, jej palce przesunęły się na czoło, a potem na czubek łba. Zaczęła mnie głaskać, co było bardzo miłym uczuciem. Dawno nikt mnie nie głaskał... Położyłam się, tak lubiłam, gdy ktoś mnie głaszcze.
Ale po chwili przypomniałam sobie, że nie jestem psem, tylko wilkiem, dhamonem! Zerwałam się na nogi.
Dziewczyna zaśmiała się, widocznie rozumiejąc, o co mi chodziło. Wreszcie kontynuowała rozmowę, mówiąc, że wie o Deramim i mnie dużo, gdyż mój prawdopodobny brat jest jej przyjacielem... Nie wiem, skąd ona ma te informacje, przecież ludzie nie rozumieją mowy zwierząt..! Może to jakieś czary..? Szybko odepchnęłam od siebie tę myśl, śmiejąc się w duchu.
W końcu powiedziała, że mnie do niego zaprowadzi. Warknęłam.
- Rozumiem, rozumiem... - mruknęła dziewczyna. - Dlaczego tak nie chcesz go spotkać?
Nie wiedziałam sama, dlaczego.
- Chodźmy - powiedziała stanowczo Indianka i wstała. Podniosła łuk i kołczan, przedtem mówiąc, że zaraz go weźmie i nie mam się bać.
Poszła w swoją stronę, a w końcu przystanęła, sprawdzając, czy idę. Wtedy ruszyłam za nią.
Jak się okazało, Derami czekał przy tipi.
Nie miałam ochoty na rozmowę. Miałam do załatwienia dwie rzeczy; sprawdzić, co mnie wczoraj czy kiedyśtam walnęło w głowę, a przede wszystkim gdzie jest Gmork.
Staliśmy przed sobą, nic nie mówiąc, a Indianka w tym czasie weszła do swojego namiotu.
On wiedział, że nie mam ochoty rozmawiać o naszym pokrewieństwie. Nadal miałam podejrzenia, czy w ogóle to prawda.
- Ma na imię Nepeese - powiedział w końcu, aby jakoś zacząć rozmowę. - To po indiańsku znaczy...
- ...wierzba - przerwałam mu. - Tak, wiem.
Wtedy sobie coś uświadomiłam... Wróciły do mnie wspomnienia z przeszłości. Przypomniałam sobie Deramiego, jak był jeszcze szczeniakiem, jak ja sama byłam małą wilczycą. Wróciły do mnie wspomnienia, jak często robił sobie żarty z mojego znaku na łapie, i jak razem śmialiśmy się z indiańskiego języka. Mahigun - wilczyca. Kiedyś było to dla nas bardzo zabawne.
Uśmiechnęłam się lekko, a Derami patrzył na mnie ze zrozumieniem, w ciszy. Podniosłam wzrok, a on wtedy też się uśmiechnął.
Czyli rzeczywiście byliśmy rodzeństwem...
Mój brat widocznie chciał w jakiś sposób wyjaśnić to Nepeese, wbiegł do tipi. Ja natomiast zostałam, mimo że w środku coś kazało mi biec.
Przedmiot, który trzymała w ręce, przyprawił mnie o dreszcze. Łuk. Przez ramię miała przewieszony kołczan ze strzałami.
Chciałam się wycofać, ale wtedy ona mnie zobaczyła. Patrzyła na mnie swoimi dużymi, ciemnymi oczami, ale ku mojemu zdumieniu nie wyciągnęła strzały z kołaczanu i nie naciągnęła jej na łuk. Uśmiechnęła się, po czym poszła w swoją stronę. Zaraz, zaraz... nie w swoją stronę, tylko w moją. Poszła przed siebie, pod górę, a wtedy skręciła dwa razy w lewo i już stała za mną.
Odłożyła na bok łuk i kołczan, na tyle daleko, aby nie mogła go sięgnąć, jakbym na nią miała skoczyć. Nie chce walki? No, wiele jest takich jak ona. A potem skądś wyciągają broń i atakują z krzykiem. Pewnie gdzieś ma sztylet, na przykład w jednym ze swoich skórzanych butów.
Zaczęłam warczeć ostrzegając dziewczynę, ukazując kły. Szkoda by było, aby jej twarzyczka nie była już taka piękna, tylko pełna blizn...
W jej oczach był strach, ale też jakaś... radość. Dziewczyna była uśmiechnięta, mimo że wiedziała, że lepiej z wilkiem lepiej nie zadzierać. Schowałam kły, czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Ucichłam, prostując się. Patrzyłam na nią, jak się zbliża, a potem kuca półtora metra przede mną. Wyciągnęła rękę w moją stronę, powoli, przemawiając do mnie spokojnie. Nie rozumiałam jej słów, owszem, słyszałam jej głos, ale nie miałam ochoty znów słuchać gadek, że ktoś jest moim przyjacielem i nie chce nic mi zrobić.
Jednak po chwili usłyszałam imię Derami. Zamarłam, patrząc na nią uważnie. Ta zamilkła.
Dziewczyna dotknęła mojego pyska, jej palce przesunęły się na czoło, a potem na czubek łba. Zaczęła mnie głaskać, co było bardzo miłym uczuciem. Dawno nikt mnie nie głaskał... Położyłam się, tak lubiłam, gdy ktoś mnie głaszcze.
Ale po chwili przypomniałam sobie, że nie jestem psem, tylko wilkiem, dhamonem! Zerwałam się na nogi.
Dziewczyna zaśmiała się, widocznie rozumiejąc, o co mi chodziło. Wreszcie kontynuowała rozmowę, mówiąc, że wie o Deramim i mnie dużo, gdyż mój prawdopodobny brat jest jej przyjacielem... Nie wiem, skąd ona ma te informacje, przecież ludzie nie rozumieją mowy zwierząt..! Może to jakieś czary..? Szybko odepchnęłam od siebie tę myśl, śmiejąc się w duchu.
W końcu powiedziała, że mnie do niego zaprowadzi. Warknęłam.
- Rozumiem, rozumiem... - mruknęła dziewczyna. - Dlaczego tak nie chcesz go spotkać?
Nie wiedziałam sama, dlaczego.
- Chodźmy - powiedziała stanowczo Indianka i wstała. Podniosła łuk i kołczan, przedtem mówiąc, że zaraz go weźmie i nie mam się bać.
Poszła w swoją stronę, a w końcu przystanęła, sprawdzając, czy idę. Wtedy ruszyłam za nią.
* * *
Jak się okazało, Derami czekał przy tipi.
Nie miałam ochoty na rozmowę. Miałam do załatwienia dwie rzeczy; sprawdzić, co mnie wczoraj czy kiedyśtam walnęło w głowę, a przede wszystkim gdzie jest Gmork.
Staliśmy przed sobą, nic nie mówiąc, a Indianka w tym czasie weszła do swojego namiotu.
On wiedział, że nie mam ochoty rozmawiać o naszym pokrewieństwie. Nadal miałam podejrzenia, czy w ogóle to prawda.
- Ma na imię Nepeese - powiedział w końcu, aby jakoś zacząć rozmowę. - To po indiańsku znaczy...
- ...wierzba - przerwałam mu. - Tak, wiem.
Wtedy sobie coś uświadomiłam... Wróciły do mnie wspomnienia z przeszłości. Przypomniałam sobie Deramiego, jak był jeszcze szczeniakiem, jak ja sama byłam małą wilczycą. Wróciły do mnie wspomnienia, jak często robił sobie żarty z mojego znaku na łapie, i jak razem śmialiśmy się z indiańskiego języka. Mahigun - wilczyca. Kiedyś było to dla nas bardzo zabawne.
Uśmiechnęłam się lekko, a Derami patrzył na mnie ze zrozumieniem, w ciszy. Podniosłam wzrok, a on wtedy też się uśmiechnął.
Czyli rzeczywiście byliśmy rodzeństwem...
Mój brat widocznie chciał w jakiś sposób wyjaśnić to Nepeese, wbiegł do tipi. Ja natomiast zostałam, mimo że w środku coś kazało mi biec.
czwartek, 20 czerwca 2013
Rozdział XIII: Brat
Gdy znowu oprzytomniałam, bałam się otworzyć oczy. Nie chciałam widzieć przed sobą innych, coraz to dziwniejszych miejsc i istot. Jednak nie słysząc niczego podejrzanego otwarłam jedno z oczu.
Wbrew moich myśli nic ani nikt nie przeniósł mnie gdzie indziej. Leżałam nadal w tym samym miejscu, gdzie byłam wcześniej. Spokojnie otworzyłam drugie oko i wstałam - trzeba teraz znaleźć Gmorka. Rozejrzałam się i nie widząc nikogo, zaczęłam węszyć w powietrzu. Poszłam w stronę miejsca, gdzie ostatnio rozmawiałam z moim przyjacielem. Skarciłam się w myślach. Nie zasługiwałam na miano przyjaciela.
Niestety, nie było go tam, gdzie powinien być. Nawet mu się nie dziwiłam - ja bym tak długo tam nie czekała... Hmm, w ogóle to ile ja "spałam"? Spojrzałam w górę; gwiazdy rozświetlały niebo, a księżyc był w pełni. No, dość długo. Teraz Gmork może być wszędzie, o ile znowu nie wplątał się w jakieś tarapaty.
Trafiłam w końcu na polanę, na której mimo pory dnia unosiła się gęsta mgła. W powietrzu wyczułam zapach mojego przyjaciela i pobiegłam przed siebie.
Wpadłam na coś twardego. Kamień. Jęknęłam, na chwilę przystawając. Głupia mgła. Dalej już nie biegłam, tylko szłam.
- Wiedziałem, że tu będziesz - usłyszałam za sobą nieznajomy głos.
Odwróciłam się. Mgła chwilowo nie pozwalała mi ujrzeć postaci, jednak w końcu jakby specjalnie ustąpiła.
Przede mną stał jakiś wilk. Z pewnością nie był to Gmork. Był nieco większy. Nie wiedziałam, kim on jest i jakie ma zamiary. Stałam, patrząc na niego.
- Kim jesteś? - spytałam w końcu.
- Derami - odpowiedział krótko.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Zwykłe podejrzenie.
- Nie znamy się. Dlaczego mnie szukałeś?
- Znamy się.
Zdziwiłam się. Nie pamiętałam go, wcale. Jeszcze raz oceniłam jego wygląd; szarozłoty wilk z jednym zielonym, drugim złotym okiem... Hmm... Czy ja go znam?
Nie.
- Skąd?
- Blue, znamy się od tak dawna... Dlaczego mnie nie pamiętasz? - spytał z lekkim wyrzutem, jednak jego głos nadal pozostawał spokojny.
Nic nie rozumiałam, oczywiście. Derami wyczytał to z mojej twarzy.
- Dobra, to powiem ci prosto z mostu, być może nie uwierzysz... Jesteśmy rodzeństwem. Jesteś moją młodszą siostrą, Blue. Długo cię szukałem.
Zamarłam. Nie wierzyłam mu.
- Nie, to nie jest prawda - powiedziałam ostrożnie.
- Blue, dlaczego tak uważasz? Dlaczego mnie nie pamiętasz? Co mam zrobić, abyś mi uwierzyła?
Nie odezwałam się przez chwilę. W mojej głowie brzmiało wiele pytań. Czy to na pewno mój brat? Skądś go kojarzę, ale czy to prawda? Może to nie on? Nie pamiętam swojej rodziny...
- N-nie pamiętam cię - wyjąkałam. - Po prostu.
- Ale... wierzysz mi? - spytał z nadzieją w głosie.
- Nie - odparłam i odwróciłam się, idąc w swoją stronę.
- Blue, poczekaj! - krzyknął za mną Derami.
Zignorowałam jego wołania i to, że w końcu mnie dogonił i szedł koło mnie, tłumacząc się, nawiązując do przeszłości.
W końcu Derami zrezygnował, o ile w ogóle on miał tak na imię... Pozwolił mi odejść, sam odwrócił się i pobiegł w stronę gór.
Wbrew moich myśli nic ani nikt nie przeniósł mnie gdzie indziej. Leżałam nadal w tym samym miejscu, gdzie byłam wcześniej. Spokojnie otworzyłam drugie oko i wstałam - trzeba teraz znaleźć Gmorka. Rozejrzałam się i nie widząc nikogo, zaczęłam węszyć w powietrzu. Poszłam w stronę miejsca, gdzie ostatnio rozmawiałam z moim przyjacielem. Skarciłam się w myślach. Nie zasługiwałam na miano przyjaciela.
Niestety, nie było go tam, gdzie powinien być. Nawet mu się nie dziwiłam - ja bym tak długo tam nie czekała... Hmm, w ogóle to ile ja "spałam"? Spojrzałam w górę; gwiazdy rozświetlały niebo, a księżyc był w pełni. No, dość długo. Teraz Gmork może być wszędzie, o ile znowu nie wplątał się w jakieś tarapaty.
Trafiłam w końcu na polanę, na której mimo pory dnia unosiła się gęsta mgła. W powietrzu wyczułam zapach mojego przyjaciela i pobiegłam przed siebie.
Wpadłam na coś twardego. Kamień. Jęknęłam, na chwilę przystawając. Głupia mgła. Dalej już nie biegłam, tylko szłam.
- Wiedziałem, że tu będziesz - usłyszałam za sobą nieznajomy głos.
Odwróciłam się. Mgła chwilowo nie pozwalała mi ujrzeć postaci, jednak w końcu jakby specjalnie ustąpiła.
Przede mną stał jakiś wilk. Z pewnością nie był to Gmork. Był nieco większy. Nie wiedziałam, kim on jest i jakie ma zamiary. Stałam, patrząc na niego.
- Kim jesteś? - spytałam w końcu.
- Derami - odpowiedział krótko.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Zwykłe podejrzenie.
- Nie znamy się. Dlaczego mnie szukałeś?
- Znamy się.
Zdziwiłam się. Nie pamiętałam go, wcale. Jeszcze raz oceniłam jego wygląd; szarozłoty wilk z jednym zielonym, drugim złotym okiem... Hmm... Czy ja go znam?
Nie.
- Skąd?
- Blue, znamy się od tak dawna... Dlaczego mnie nie pamiętasz? - spytał z lekkim wyrzutem, jednak jego głos nadal pozostawał spokojny.
Nic nie rozumiałam, oczywiście. Derami wyczytał to z mojej twarzy.
- Dobra, to powiem ci prosto z mostu, być może nie uwierzysz... Jesteśmy rodzeństwem. Jesteś moją młodszą siostrą, Blue. Długo cię szukałem.
Zamarłam. Nie wierzyłam mu.
- Nie, to nie jest prawda - powiedziałam ostrożnie.
- Blue, dlaczego tak uważasz? Dlaczego mnie nie pamiętasz? Co mam zrobić, abyś mi uwierzyła?
Nie odezwałam się przez chwilę. W mojej głowie brzmiało wiele pytań. Czy to na pewno mój brat? Skądś go kojarzę, ale czy to prawda? Może to nie on? Nie pamiętam swojej rodziny...
- N-nie pamiętam cię - wyjąkałam. - Po prostu.
- Ale... wierzysz mi? - spytał z nadzieją w głosie.
- Nie - odparłam i odwróciłam się, idąc w swoją stronę.
- Blue, poczekaj! - krzyknął za mną Derami.
Zignorowałam jego wołania i to, że w końcu mnie dogonił i szedł koło mnie, tłumacząc się, nawiązując do przeszłości.
W końcu Derami zrezygnował, o ile w ogóle on miał tak na imię... Pozwolił mi odejść, sam odwrócił się i pobiegł w stronę gór.
piątek, 24 maja 2013
Rozdział XII: Kłótnia
Kiedy biegliśmy już dłuższy czas, nagle przypomniała mi się pewna ważna sprawa.
- Gmork.. - zaczęłam.
Ten przystanął. Ja też stanęłam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy.
- Naucz mnie tej mocy dhamona - powiedziałam stanowczo.
- No, ale mówiłem ci, że to pojawia się dopiero... - zaczął mój przyjaciel, ale ja mu przerwałam:
- Nie chodzi mi o to. Jak wcześniej to zrobiłeś..?
- Kiedy?
- W ukrytej jaskini Shafreyów.
- No, po prostu użyłem swojej mocy.
- Jak?
- Blue, uwierz mi - zaczał Gmork - sama tego nie wywołasz, to samo przyjdzie. I podejrzewam, że to już niedługo.
- Jakim cudem..? - spytałam, nieco zirytowana. W ogóle nie wiedziałam, dlaczego się tak denerwuję i upieram, ale teraz głupio było mi przyznać, że sama nie chciałam tak się zachować. Pewnie ty też tak czasem masz, więc wiesz o co chodzi. Mnie to akurat trudno ująć w słowa.
- Co?
- Skąd wiesz, że to niedługo?
- Przeczucie.
- Yhym... - mruknęłam.
Zapanowała krótka cisza. Po chwili coś mi się jeszcze przypomniało:
- Przed czym uciekaliście? Wiesz, wtedy gdy wbiegliście do waszej kryjówki.
- Sam nie wiem. Słyszałem tylko, że mamy uciekać, a dalszej części już nie pamiętam, tego co zobaczyłem i w ogóle...
- Kłamiesz.
- Niee, mówię prawdę! - bronił się Gmork.
- Yhym... - burknęłam. Postanowiłam już zakończyć tę rozmowę.
Poszłam dalej, chciałam przemyśleć to i owo. A może i nie..? Nie, nie miałam ochoty myśleć. Po prostu szłam po to, aby być sama. Gmork widocznie to zrozumiał, bo nie szedł za mną - tylko odprowadził mnie wzrokiem.
Położyłam się niedaleko, ale na tyle, aby mój przyjaciel mnie nie widział. Westchnęłam i położyłam łeb na łapach, pogrążając się w myślach.
Nagle usłyszałam za sobą szelest. Myślałam początkowo, że to Gmork, więc powiedziałam:
- Zostaw mnie. Chcę być sama.
Jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Tylko kolejny szelest. Myślałam, że Gmork mnie posłuchał i poszedł sobie.
Ale po chwili poczułam chłód, jakby słońce, które było w zenicie, nagle zaszło. Spojrzałam w górę, a wtedy zamarłam. Nade mną stało... Nie wiem co, w każdym razie byłam pewna że to nie Gmork.
Skąd ta pewność? Bo mój przyjaciel pewnie by nie pozbawił mnie przytomności..
- Gmork.. - zaczęłam.
Ten przystanął. Ja też stanęłam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy.
- Naucz mnie tej mocy dhamona - powiedziałam stanowczo.
- No, ale mówiłem ci, że to pojawia się dopiero... - zaczął mój przyjaciel, ale ja mu przerwałam:
- Nie chodzi mi o to. Jak wcześniej to zrobiłeś..?
- Kiedy?
- W ukrytej jaskini Shafreyów.
- No, po prostu użyłem swojej mocy.
- Jak?
- Blue, uwierz mi - zaczał Gmork - sama tego nie wywołasz, to samo przyjdzie. I podejrzewam, że to już niedługo.
- Jakim cudem..? - spytałam, nieco zirytowana. W ogóle nie wiedziałam, dlaczego się tak denerwuję i upieram, ale teraz głupio było mi przyznać, że sama nie chciałam tak się zachować. Pewnie ty też tak czasem masz, więc wiesz o co chodzi. Mnie to akurat trudno ująć w słowa.
- Co?
- Skąd wiesz, że to niedługo?
- Przeczucie.
- Yhym... - mruknęłam.
Zapanowała krótka cisza. Po chwili coś mi się jeszcze przypomniało:
- Przed czym uciekaliście? Wiesz, wtedy gdy wbiegliście do waszej kryjówki.
- Sam nie wiem. Słyszałem tylko, że mamy uciekać, a dalszej części już nie pamiętam, tego co zobaczyłem i w ogóle...
- Kłamiesz.
- Niee, mówię prawdę! - bronił się Gmork.
- Yhym... - burknęłam. Postanowiłam już zakończyć tę rozmowę.
Poszłam dalej, chciałam przemyśleć to i owo. A może i nie..? Nie, nie miałam ochoty myśleć. Po prostu szłam po to, aby być sama. Gmork widocznie to zrozumiał, bo nie szedł za mną - tylko odprowadził mnie wzrokiem.
Położyłam się niedaleko, ale na tyle, aby mój przyjaciel mnie nie widział. Westchnęłam i położyłam łeb na łapach, pogrążając się w myślach.
Nagle usłyszałam za sobą szelest. Myślałam początkowo, że to Gmork, więc powiedziałam:
- Zostaw mnie. Chcę być sama.
Jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Tylko kolejny szelest. Myślałam, że Gmork mnie posłuchał i poszedł sobie.
Ale po chwili poczułam chłód, jakby słońce, które było w zenicie, nagle zaszło. Spojrzałam w górę, a wtedy zamarłam. Nade mną stało... Nie wiem co, w każdym razie byłam pewna że to nie Gmork.
Skąd ta pewność? Bo mój przyjaciel pewnie by nie pozbawił mnie przytomności..
środa, 15 maja 2013
rozdział XI: Pożegnanie
Wstałam wcześnie rano. Od razu upewniłam się, że wszyscy są w jaskini. Tak, byli. Odetchnęłam z ulgą. Może tamte kroki były tylko złudzeniem, albo snem? Postanowiłam się tym nie przejmować i wyszłam z groty.
Ruszyłam w stronę pobliskiej polany, gdzie miałam nadzieję, że znajdę jakiegoś królika czy sarnę. Gdy się tam już znalazłam, ujrzałam dwa dorosłe króliki. Ruszyłam za jednym z nich w pogoń i po chwili skoczyłam na niego. Chwyciłam go za kark i wbijałam swoje kły w swoją ofiarę, która się wyrywała. W końcu królik skonał. Zjadłam go ze smakiem, po czym wróciłam do jaskini.
Gdy tam weszłam, okazało się, że wszyscy już się obudzili. Akurat wychodzili albo mnie szukać, albo się najeść.
- O, cześć, Blue - przywitał się Gmork. Uśmiechnął się.
- Hej - powiedziałam. Spojrzałam na Lune i Arię. Te akurat wychodziły z jaskini. Także się przywitały.
Potowarzyszyłam im podczas ich polowania, a potem poszliśmy się napić do strumyka, który na szczęście nie był za daleko.
Później, gdy wygrzewaliśmy się na słońcu, Lune powiedziała:
- Blue, Gmork.. Musimy wam coś powiedzieć.
W mojej głowie było wiele niepokojących i tych lepszych myśli. Miałam nadzieję, że tego zmieszania nikt nie zauważył.
- Mówcie - powiedział spokojnie Gmork.
Aria wzięła głęboki oddech.
- Obie należymy do pewnego stada. Nasz alpha wysłał nas na wyprawę w poszukiwaniu żywności. Nasze stado leży kilka dni drogi stąd, a tam trudno znaleźć jakąkolwiek sarnę, a nawet królika. - mówiła. - No i poszłyśmy. Zostałyśmy złapane przez ludzi, co z resztą wiecie. I dość długo nas nie ma, alpha pewnie się martwi, że nam się coś przydarzyło... I.. my...
- ...musimy wracać do naszego stada - dokończyła Lune.
Na chwilę zapanowała cisza, a potem zapytałam:
- Czy kiedyś się jeszcze zobaczymy..?
- Na pewno - odparła Lune z uśmiechem. - To zależy też od naszego alphy. Kto wie, może nasze stado przeniesie się w te okolice? Jest tu dużo żywności. To dobre miejsce dla nas.
Też się uśmiechnęłam.
- Kiedy wyruszacie? - spytał Gmork.
- Najlepiej by było, gdybyśmy wyruszyły już teraz - powiedziała Aria. - Lepiej być jak najszybciej, zanim nasze stado pomyśli, że przytrafiły się nam coś złego.. I, żeby coś w końcu zjedli!
- Hmm, no fakt. Jeśli chcecie, możemy was, eee.. odprowadzić - powiedziałam.
- Myślę, że to nie jest dobry pomysł - uznała Lune.
- Dlaczego?
- Trudno to wytłumaczyć - westchnęła wilczyca moonakr. - Nie chodzi mi o niebezpieczeństwa, tylko... Może zabrzmi to tak, jakbym was uważała za słabeuszów, ale mamy obawę, że nie przetrwacie. My znamy tamte strony i wiemy, jak sobie poradzić z tamtejszymi stworzeniami.
Chciałam zacząć wykład o tym, że jesteśmy dhamonami i damy sobie radę, ale Gmork powiedział:
- Dobrze.
.. po czym spiorunował mnie wzrokiem.
Długo patrzeliśmy za Lune i Arią. Później, gdy zniknęły nam z oczu, pobiegliśmy w dalszą drogę, szukając przygody.
Ruszyłam w stronę pobliskiej polany, gdzie miałam nadzieję, że znajdę jakiegoś królika czy sarnę. Gdy się tam już znalazłam, ujrzałam dwa dorosłe króliki. Ruszyłam za jednym z nich w pogoń i po chwili skoczyłam na niego. Chwyciłam go za kark i wbijałam swoje kły w swoją ofiarę, która się wyrywała. W końcu królik skonał. Zjadłam go ze smakiem, po czym wróciłam do jaskini.
Gdy tam weszłam, okazało się, że wszyscy już się obudzili. Akurat wychodzili albo mnie szukać, albo się najeść.
- O, cześć, Blue - przywitał się Gmork. Uśmiechnął się.
- Hej - powiedziałam. Spojrzałam na Lune i Arię. Te akurat wychodziły z jaskini. Także się przywitały.
Potowarzyszyłam im podczas ich polowania, a potem poszliśmy się napić do strumyka, który na szczęście nie był za daleko.
Później, gdy wygrzewaliśmy się na słońcu, Lune powiedziała:
- Blue, Gmork.. Musimy wam coś powiedzieć.
W mojej głowie było wiele niepokojących i tych lepszych myśli. Miałam nadzieję, że tego zmieszania nikt nie zauważył.
- Mówcie - powiedział spokojnie Gmork.
Aria wzięła głęboki oddech.
- Obie należymy do pewnego stada. Nasz alpha wysłał nas na wyprawę w poszukiwaniu żywności. Nasze stado leży kilka dni drogi stąd, a tam trudno znaleźć jakąkolwiek sarnę, a nawet królika. - mówiła. - No i poszłyśmy. Zostałyśmy złapane przez ludzi, co z resztą wiecie. I dość długo nas nie ma, alpha pewnie się martwi, że nam się coś przydarzyło... I.. my...
- ...musimy wracać do naszego stada - dokończyła Lune.
Na chwilę zapanowała cisza, a potem zapytałam:
- Czy kiedyś się jeszcze zobaczymy..?
- Na pewno - odparła Lune z uśmiechem. - To zależy też od naszego alphy. Kto wie, może nasze stado przeniesie się w te okolice? Jest tu dużo żywności. To dobre miejsce dla nas.
Też się uśmiechnęłam.
- Kiedy wyruszacie? - spytał Gmork.
- Najlepiej by było, gdybyśmy wyruszyły już teraz - powiedziała Aria. - Lepiej być jak najszybciej, zanim nasze stado pomyśli, że przytrafiły się nam coś złego.. I, żeby coś w końcu zjedli!
- Hmm, no fakt. Jeśli chcecie, możemy was, eee.. odprowadzić - powiedziałam.
- Myślę, że to nie jest dobry pomysł - uznała Lune.
- Dlaczego?
- Trudno to wytłumaczyć - westchnęła wilczyca moonakr. - Nie chodzi mi o niebezpieczeństwa, tylko... Może zabrzmi to tak, jakbym was uważała za słabeuszów, ale mamy obawę, że nie przetrwacie. My znamy tamte strony i wiemy, jak sobie poradzić z tamtejszymi stworzeniami.
Chciałam zacząć wykład o tym, że jesteśmy dhamonami i damy sobie radę, ale Gmork powiedział:
- Dobrze.
.. po czym spiorunował mnie wzrokiem.
* * *
Długo patrzeliśmy za Lune i Arią. Później, gdy zniknęły nam z oczu, pobiegliśmy w dalszą drogę, szukając przygody.
wtorek, 7 maja 2013
Rozdział X: Rozwikłanie zagadki i nowa do rozwiązania
Po co by tu opisywać walkę wilków..? W każdym razie była ona zawzięta. Ba, bardzo zawzięta. Jednak był pewien moment, który rozwikłał całą sprawę z Gmorkiem.
Kiedy dhamon atakował właśnie Arię, ta chwyciła go za szyję i, o dziwo, z wielką siłą rzuciła go o skałę w podziemnej jaskini pod drzewem. Wszyscy zamarli, i ja, i Lune, Aria.. I Shafreye. Ci szczególnie byli zdezorientowani i... W ich oczach zobaczyłam strach.
Gmork leżał chwilę nieruchomo, po chwili podniósł głowę.
- Gdzie ja jestem..? - spytał słabym głosem. Rozejrzał się wokoło.
Po chwili można było spokojnie powiedzieć, że odzyskał siły; Gmork wstał na własne nogi i zaczął warczeć na Shafreye, dotąd ich "przyjaciół".
- To nie tak jak myślisz..! - powiedział jeden z wilków.
- T-tak, właśnie... - reszta też starała się jakoś bronić. Ja, Lune i Aria nie wiedziałyśmy, o co chodzi.
Shafreye cofali się, mimo, że w ich stronę szedł tylko jeden skontuzjowany wilk. W ich oczach widoczny był strach.
Po chwili, mimo tego, że Gmork był ranny, dhamon zaatakował. Zrobił to tak szybko, że po chwili wszyscy leżeli na ziemi, jęcząc. Widać było tylko, jak jego symbol na przedniej prawej łapie zaczyna świecić, podobnie jak oczy. Po chwili jednak było już po wszystkim.
Zamrugałam szybko oczami. A więc to tak wygląda moc dhamonów. To pewnie dlatego Shafreye zaczęły tak bać się Gmorka. Tylko dlaczego wcześniej był ich dobrym towarzyszem? To było dla mnie niezrozumiałe.
Kiedy dhamon atakował właśnie Arię, ta chwyciła go za szyję i, o dziwo, z wielką siłą rzuciła go o skałę w podziemnej jaskini pod drzewem. Wszyscy zamarli, i ja, i Lune, Aria.. I Shafreye. Ci szczególnie byli zdezorientowani i... W ich oczach zobaczyłam strach.
Gmork leżał chwilę nieruchomo, po chwili podniósł głowę.
- Gdzie ja jestem..? - spytał słabym głosem. Rozejrzał się wokoło.
Po chwili można było spokojnie powiedzieć, że odzyskał siły; Gmork wstał na własne nogi i zaczął warczeć na Shafreye, dotąd ich "przyjaciół".
- To nie tak jak myślisz..! - powiedział jeden z wilków.
- T-tak, właśnie... - reszta też starała się jakoś bronić. Ja, Lune i Aria nie wiedziałyśmy, o co chodzi.
Shafreye cofali się, mimo, że w ich stronę szedł tylko jeden skontuzjowany wilk. W ich oczach widoczny był strach.
Po chwili, mimo tego, że Gmork był ranny, dhamon zaatakował. Zrobił to tak szybko, że po chwili wszyscy leżeli na ziemi, jęcząc. Widać było tylko, jak jego symbol na przedniej prawej łapie zaczyna świecić, podobnie jak oczy. Po chwili jednak było już po wszystkim.
Zamrugałam szybko oczami. A więc to tak wygląda moc dhamonów. To pewnie dlatego Shafreye zaczęły tak bać się Gmorka. Tylko dlaczego wcześniej był ich dobrym towarzyszem? To było dla mnie niezrozumiałe.
* * *
Gmork opowiedział nam o tym, jak Shafreye chciały podstępnie wykorzystać go, podawając się za jego przyjaciół. Później do swojego jedzenia dostał coś dziwnego, co sprawiło, że był zupełnie, można powiedzieć, zahipnotyzowany. Shafreye manipulowały nim jak zabawką, chcieli dzięki dhamonowi zyskać znacznie więcej.
- Tylko co się wydarzyło wcześniej w jaskini? - spytała Aria.
- Tego nie pamiętam. Tego akurat nie - odparł Gmork, nieco zakłopotany.
- Czyli... Mamy kolejną zagadkę? - domyśliła się Lune - Bo skoro taka silna ekipa nie dała sobie rady z tym... czymś, bo nie wiemy, co to jest, to musi być to coś poważnego. Musimy się dowiedzieć, co to takiego.
Wszyscy przytaknęliśmy.
Podczas gdy ja i Gmork leżeliśmy pod drzewem, odpoczywając po walce, Lune i Aria poszły gdzieś na ubocze i zaczęły o czymś rozmawiać. Aria była trochę zirytowana, a Lune stale o czymś zaprzeczała i mówiła, że "Nic się nie stanie, jak wrócimy później". Zaczęłam się bać, że Lune i Aria też zostały jakoś zahipnotyzowane i są pod wodzą tego potwora i muszą szybko wracać! Odepchnęłam od siebie tę myśl. W końcu trzeba myśleć pozytywnie!
Po chwili Lune i Aria wróciły do nas. Nie wzbudzały żadnych podejrzeń do tego, że moje obawy się spełniły. Na szczęście.
W czwórkę poszliśmy zapolować. Po obiedzie poszliśmy do jeziora, aby się orzeźwić. I tak nam minęła reszta dnia.
Gdy znaleźliśmy opuszczoną, nawet sporą jaskinię, od razu do niej weszliśmy i usnęliśmy bardzo szybko. Przynajmniej ja, nie wiem jak reszta. Jednak, kiedy zasypiałam, słyszałam, że ktoś stąd wychodzi...
niedziela, 5 maja 2013
ROZDZIAŁ IX: Co się stało z Gmorkiem?
U tej rodziny mieszka się bardzo miło, ale jednak jest trochę za ciasno. Przynajmniej mamy dach nad głową, ciepło, jedzenie. Codziennie bawimy się z małą Amelką, która umie raczkować i najczęściej rzuca nam swoje zabawki na dworze, siedząc na kolanach matki. Hmm, może to dziecinne i głupie, że bawimy się z tą dziewczynką i że tak szybko dałyśmy się oswoić. Nie, nie może. Na pewno głupie.
Pewnego wieczora znowu rozmawiałyśmy w trójkę o Gmorku. Moje przyjaciółki myślały, że się w nim zabujałam. Nie zaprzeczałam, tylko śmiałam się. Bo nawet nie wiem, czy tak, czy nie. W każdym razie postanowiłyśmy go znaleźć po tym, jak za kilka dni opuścimy dom.
Pewnego wieczora znowu rozmawiałyśmy w trójkę o Gmorku. Moje przyjaciółki myślały, że się w nim zabujałam. Nie zaprzeczałam, tylko śmiałam się. Bo nawet nie wiem, czy tak, czy nie. W każdym razie postanowiłyśmy go znaleźć po tym, jak za kilka dni opuścimy dom.
* * *
W końcu nadszedł ten dzień, kiedy pożegnałyśmy się z tą miłą rodziną i poszłyśmy dalej. Dobra, nie dalej - wracałyśmy w miejsce, gdzie wcześniej byłyśmy uwięzione, aby rozpocząć śledztwo w sprawie Gmorka, czy jak to mogę nazwać inaczej...
Gdy dotarłyśmy na miejsce, w ogóle nie było tu głazu, który zwykle zasłaniał wejście do jaskini. Zdziwiłyśmy się i zaczęłyśmy myśleć, że się pewnie zgubiłyśmy i to nie ta jaskinia. Weszłyśmy do niej i od razu miałyśmy pewność, że dobrze trafiłyśmy.
Na ziemi były ślady walki, (chyba nie muszę tłumaczyć, jak wyglądają, prawda?) co oczywiście nie dało nam pewności, że to jest to miejsce, gdzie wcześniej byłyśmy. Dowodem na to, że to jest ta jaskinia, nie był też odcisk wilczych łap. A może..? Ale stuprocentową pewność dał nam szary wilk leżący w rogu jaskini - był to jeden z Shafreyów. Chciałyśmy z nim porozmawiać, co tu się stało, gdzie poszła reszta itd, no ale... Z nim już nikt inny nie pogada.
Wybiegłyśmy z jaskini i zaczęłyśmy węszyć. Trafiłyśmy na odpowiedni trop i poszłyśmy nim. W końcu trop się urwał. Wszystkie trzy wymieniłyśmy spojrzenia. Stałyśmy właśnie przed wielkim, starym dębem, którego korzenie tworzyły pewien otwór, przez który można było wejść do środka. Lune bez chwili wahania wskoczyła, więc ja za nią, Aria była tuż za mną.
Okazało się, że to było tajne wejście do innej jaskini. Zza rogu zobaczyłyśmy Shafreye rozmawiające ze sobą. Oczywiście w rozmowie uczestniczył też Gmork. Uznałyśmy, że lepiej nie pokazywać się. Może podsłuchiwanie jest też jednym z tych gorszych pomysłów, ale wybrałyśmy to niż się pokazać Shafreyom.
Byłyśmy nieco daleko od nich, ale na tyle blisko, abyśmy mogły usłyszeć ich rozmowę.
- Miejmy nadzieję, że tu nikt nas nie znajdzie - powiedział jeden z nich, dysząc ciężko jak po długim biegu. Widocznie dopiero co tutaj weszli.
- Mieliśmy wielkie szczęście.. Tylko został Wreik - dodał kolejny.
- Teraz będziemy musieli uciekać w strachu przed nimi - powiedziała czarna wilczyca.
Miałam ochotę zapytać się na głos, przed kim tak uciekali, co to była za walka w tamtej jaskini... No ale nie mogłam. Ledwie się powstrzymałam! Słuchałyśmy dalej..:
- Musimy coś zrobić z tym... czymś! - wykrzyknął tamten pierwszy.
- Tylko co..? - spytała wilczyca.
Dalszej części rozmowy nie usłyszałyśmy, bo Shafreye ściszyły głos na tyle, że z tej odległości nie dało się nic słyszeć. Chciałyśmy wyjść po cichu, ale kiedy już zaczęłyśmy wychodzić, wilczyca zawołała:
- Kto tu jest?!
Zdawało mi się, że serce mi na chwilę stanęło. Znieruchomiałam, podobnie jak Lune i Aria. Miałyśmy nadzieję, że nikt nas nie zdemaskuje. Wilczyca jednak podeszła w nasą stronę i po chwili już stałyśmy przed Shafreyami.
Gmork widocznie nie miał wcale zamiaru nam pomóc i powiedzieć, że nie jesteśmy szpiegami jakiegoś wrogiego klanu. Po prostu stał i się na nas patrzył, jak reszta wilków.
- Nie powinnyście tutaj być - w końcu rzekł ciemnoszary basior, po czym zwrócił się do reszty: - Nie wiadomo, ile usłyszały. Mogą wiedzieć za dużo. Nie powinniśmy ryzykować. Trzeba je zlikwidować.
Reszta przytaknęła. Ustawili się w dwóch rzędach na przeciwko nas. Może wyglądało to trochę śmiesznie, ale mnie, Lunę i Arię dało niepewność. Po chwili dziwny błysk w oku czarnej wilczycy uświadomił nam, o co chodzi; rozpoczynała się walka na śmierć i życie.
Stanęło mi serce. Nie chodziło mi o to, że trzy wilczyce miały stawić czoło trzem wilkom i jednej - sprawiającej wrażenie silniejszej niż basior - wilczycy.
Okazało się, że to było tajne wejście do innej jaskini. Zza rogu zobaczyłyśmy Shafreye rozmawiające ze sobą. Oczywiście w rozmowie uczestniczył też Gmork. Uznałyśmy, że lepiej nie pokazywać się. Może podsłuchiwanie jest też jednym z tych gorszych pomysłów, ale wybrałyśmy to niż się pokazać Shafreyom.
Byłyśmy nieco daleko od nich, ale na tyle blisko, abyśmy mogły usłyszeć ich rozmowę.
- Miejmy nadzieję, że tu nikt nas nie znajdzie - powiedział jeden z nich, dysząc ciężko jak po długim biegu. Widocznie dopiero co tutaj weszli.
- Mieliśmy wielkie szczęście.. Tylko został Wreik - dodał kolejny.
- Teraz będziemy musieli uciekać w strachu przed nimi - powiedziała czarna wilczyca.
Miałam ochotę zapytać się na głos, przed kim tak uciekali, co to była za walka w tamtej jaskini... No ale nie mogłam. Ledwie się powstrzymałam! Słuchałyśmy dalej..:
- Musimy coś zrobić z tym... czymś! - wykrzyknął tamten pierwszy.
- Tylko co..? - spytała wilczyca.
Dalszej części rozmowy nie usłyszałyśmy, bo Shafreye ściszyły głos na tyle, że z tej odległości nie dało się nic słyszeć. Chciałyśmy wyjść po cichu, ale kiedy już zaczęłyśmy wychodzić, wilczyca zawołała:
- Kto tu jest?!
Zdawało mi się, że serce mi na chwilę stanęło. Znieruchomiałam, podobnie jak Lune i Aria. Miałyśmy nadzieję, że nikt nas nie zdemaskuje. Wilczyca jednak podeszła w nasą stronę i po chwili już stałyśmy przed Shafreyami.
Gmork widocznie nie miał wcale zamiaru nam pomóc i powiedzieć, że nie jesteśmy szpiegami jakiegoś wrogiego klanu. Po prostu stał i się na nas patrzył, jak reszta wilków.
- Nie powinnyście tutaj być - w końcu rzekł ciemnoszary basior, po czym zwrócił się do reszty: - Nie wiadomo, ile usłyszały. Mogą wiedzieć za dużo. Nie powinniśmy ryzykować. Trzeba je zlikwidować.
Reszta przytaknęła. Ustawili się w dwóch rzędach na przeciwko nas. Może wyglądało to trochę śmiesznie, ale mnie, Lunę i Arię dało niepewność. Po chwili dziwny błysk w oku czarnej wilczycy uświadomił nam, o co chodzi; rozpoczynała się walka na śmierć i życie.
Stanęło mi serce. Nie chodziło mi o to, że trzy wilczyce miały stawić czoło trzem wilkom i jednej - sprawiającej wrażenie silniejszej niż basior - wilczycy.
Moj feler był taki, że Gmork wcale się nie sprzeciwił. Też był gotowy do walki, jak reszta.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
ROZDZIAŁ VIII: Prawdziwi przyjaciele
Już jestem tutaj trzeci dzień. Nie można tu wytrzymać, na szczęście Lune i Aria dotrzymują mi towarzystwa. Aria to ta czarnogranatowa wilczyca. Ona nie ma żadnej mocy specjalnej, ale umie kilka sztuczek. Nauczyła się ich od Luny, dowiedziałam się, że są przyjaciółkami. A z Gmorkiem nadal nie da się rozmawiać; trzyma się Shafreyów i nie wiem, jak i czy w ogóle się do niego odezwać. Jedzenie dostajemy raz dziennie, ale nie jest dobre, dodatkowo nie ma go zbyt dużo. Shafreye oczywiście dostają go więcej i jest sto razy lepsze. I Gmork też. To nie do wytrzymania. Nic tu nie robimy, nie ma szans ucieczki, nikt tu nie przychodzi - tylko jakiś facet, co nas karmi. W sumie to bez sensu nas tu trzymają. Niepotrzebnie tu się znalazłam, niby jesteśmy tu, aby nas do czegoś wykorzystać, a tu tylko dają nam jeść i tyle. To dziwne. Bardzo.
W końcu głaz się odsunął. Zdziwiłyśmy się, ja, Lune i Aria, bo dzisiaj już dostałyśmy swoją porcję, Shafreye zresztą też. Do jaskini, a raczej naszego więzienia, wszedł nieznajomy mężczyzna. Podszedł do naszej trójki. Ukucnął blisko nas powoli, po czym w tym samym ślimaczym tempie wyciągnął rękę. Lune nie miała do niego zaufania. Uważała, że ten człowiek jest jednym z tych złych. Ale mi wydawał się osobą spokojną i wartą zaufania.
Shafreye nie wiedziały, co się dzieje. Dotąd oni stali w kącie i rozmawiali, co chwila wrogo spoglądając na nas. Chyba coś knuli. Ale teraz wybiegły z kąta i zaczęli warczeć. Widocznie oni też nie wiedzieli, kim jest nieznajomy.
W tym czasie mężczyzna powoli wyjął z torby trzy mocne, całkiem długie sznury. Zbliżył się do nas bardziej. Lune drażniła jego obecność. Tuż koło jego ręki kłapnęła kłami w ostrzeżeniu. Mężczyzna jednak ani drgnął.
- Nie bójcie się - przemówił spokojnym głosem. - Jestem przyjacielem..
Nigdy nie miałam zaufania do osób, które mówią: "Spokojnie, możecie mi zaufać" czy coś podobnego. Zwykle wtedy spotykałam kłopoty. Jednak mężczyzna chyba rzeczywiście nie kłamał. Ale bardzo nie podobały mi się te sznury... Ale Lune uległa, gdy facet zakładał jej na szyję "smycz". Aria też. Więc ja też się poddałam. Wyszliśmy z jaskini.
Nie stało się nic złego. Szliśmy po prostu dalej. Zaczęłam ufać temu człowiekowi. W końcu doszliśmy do bardzo małej wioski, widocznie mężczyzna tam mieszkał, bo z jednego z domków wybiegła pewna kobieta i wpadła w jego ramiona. Widząc nas, nie odskoczyła, nie krzyczała, nie kazała zamknąć nas w klatce czy coś takiego. Zachowała się tak, jakby nas tutaj nie było.
Weszliśmy do chatki. Była większa, niż mi się wydawało. Mężczyzna pozwolił nam obwąchać i obejść swoje domostwo, po czym usiadł na krześle. Kobieta natomiast podeszła do małej kołyski i wyjęła z niej maleńkie dziecko.
To było trochę dziwne uczucie, być w chatce ludzi, którzy są normalną, spokojną rodziną. Znaczy się, owszem, jest ich wiele. Ale jaka rodzina z tak małym dzieckiem pozwoliłaby trzem wilczycom wejść do swojej skromnej chaty? Wydawało mi się to trochę podejrzane, ale niedługo potem zmieniłam zdanie.
Otóż facet dał nam dobre jedzenie, na prawdę znakomite, nawet próbował pogłaskać. Lune mu nie pozwoliła, Aria dała się od razu, a ja skapitulowałam po niecałej minucie. To było na prawdę przyjemne uczucie.
Gdy zbliżała się noc, mężczyzna podszedł do świecy i dmuchnął w nią. Ta szybko zgasła. Powiedział "dobranoc" i przeszedł do innego pokoju wraz z żoną i dzieckiem.
Jeszcze długo leżałam na milutkim dywanie, przytulona do Arii i Lune, szepcząc z nimi o tej miłej rodzinie. Razem uzgodniłyśmy, że możemy zostać w tym domu trochę, ale nie za długo. Maksymalnie tydzień.
Zasnęłam szybko, ciesząc się wolnością i tym, że trafiliśmy na tych wspaniałych ludzi. Nie wiedziałam, jakim cudem on nas stąd wyciągnął, ale wiedziałam jedno: Aria, Lune i ta rodzina to moi prawdziwi przyjaciele.
W końcu głaz się odsunął. Zdziwiłyśmy się, ja, Lune i Aria, bo dzisiaj już dostałyśmy swoją porcję, Shafreye zresztą też. Do jaskini, a raczej naszego więzienia, wszedł nieznajomy mężczyzna. Podszedł do naszej trójki. Ukucnął blisko nas powoli, po czym w tym samym ślimaczym tempie wyciągnął rękę. Lune nie miała do niego zaufania. Uważała, że ten człowiek jest jednym z tych złych. Ale mi wydawał się osobą spokojną i wartą zaufania.
Shafreye nie wiedziały, co się dzieje. Dotąd oni stali w kącie i rozmawiali, co chwila wrogo spoglądając na nas. Chyba coś knuli. Ale teraz wybiegły z kąta i zaczęli warczeć. Widocznie oni też nie wiedzieli, kim jest nieznajomy.
W tym czasie mężczyzna powoli wyjął z torby trzy mocne, całkiem długie sznury. Zbliżył się do nas bardziej. Lune drażniła jego obecność. Tuż koło jego ręki kłapnęła kłami w ostrzeżeniu. Mężczyzna jednak ani drgnął.
- Nie bójcie się - przemówił spokojnym głosem. - Jestem przyjacielem..
Nigdy nie miałam zaufania do osób, które mówią: "Spokojnie, możecie mi zaufać" czy coś podobnego. Zwykle wtedy spotykałam kłopoty. Jednak mężczyzna chyba rzeczywiście nie kłamał. Ale bardzo nie podobały mi się te sznury... Ale Lune uległa, gdy facet zakładał jej na szyję "smycz". Aria też. Więc ja też się poddałam. Wyszliśmy z jaskini.
Nie stało się nic złego. Szliśmy po prostu dalej. Zaczęłam ufać temu człowiekowi. W końcu doszliśmy do bardzo małej wioski, widocznie mężczyzna tam mieszkał, bo z jednego z domków wybiegła pewna kobieta i wpadła w jego ramiona. Widząc nas, nie odskoczyła, nie krzyczała, nie kazała zamknąć nas w klatce czy coś takiego. Zachowała się tak, jakby nas tutaj nie było.
Weszliśmy do chatki. Była większa, niż mi się wydawało. Mężczyzna pozwolił nam obwąchać i obejść swoje domostwo, po czym usiadł na krześle. Kobieta natomiast podeszła do małej kołyski i wyjęła z niej maleńkie dziecko.
To było trochę dziwne uczucie, być w chatce ludzi, którzy są normalną, spokojną rodziną. Znaczy się, owszem, jest ich wiele. Ale jaka rodzina z tak małym dzieckiem pozwoliłaby trzem wilczycom wejść do swojej skromnej chaty? Wydawało mi się to trochę podejrzane, ale niedługo potem zmieniłam zdanie.
Otóż facet dał nam dobre jedzenie, na prawdę znakomite, nawet próbował pogłaskać. Lune mu nie pozwoliła, Aria dała się od razu, a ja skapitulowałam po niecałej minucie. To było na prawdę przyjemne uczucie.
Gdy zbliżała się noc, mężczyzna podszedł do świecy i dmuchnął w nią. Ta szybko zgasła. Powiedział "dobranoc" i przeszedł do innego pokoju wraz z żoną i dzieckiem.
Jeszcze długo leżałam na milutkim dywanie, przytulona do Arii i Lune, szepcząc z nimi o tej miłej rodzinie. Razem uzgodniłyśmy, że możemy zostać w tym domu trochę, ale nie za długo. Maksymalnie tydzień.
Zasnęłam szybko, ciesząc się wolnością i tym, że trafiliśmy na tych wspaniałych ludzi. Nie wiedziałam, jakim cudem on nas stąd wyciągnął, ale wiedziałam jedno: Aria, Lune i ta rodzina to moi prawdziwi przyjaciele.
piątek, 5 kwietnia 2013
ROZDZIAŁ VII: Lune
Spróbowałam jakoś wspiąć się po ścianach. Oczywiście było to niemożliwe, szczególnie dla wilka. Westchnęłam. Do mnie podeszła pewna wilczyca. Była popielata, z białym brzuchem. Łatwo można było ją rozpoznać po dziwnych znaku na czole i jasnoszarym księżycu na lewym udzie.
- Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiła.
Spojrzałam na nią ciekawsko, nieco zdenerwowana.
- Nie ufaj tamtej trójce - wskazała łbem na szarego i rudego wilka, i na czarną wilczycę (nie tą czarnogranatową). - Oni są naszymi wrogami.
- Dlaczego akurat tobie mam ufać? - spytałam.
- Bo ja nie jestem Shafreyem - odparła wilczyca. - Tylko Moonakrem.
Dziwiłam się. Za dużo tego wszystkiego. Moonakry, Dhamony i Shafreye... Niczego nie rozumiałam.
- Nigdy nie słyszałam o Moonakrach i Shafreyach, o Dhamonach dowiedziałam się przedwczoraj wieczorem - powiedziałam i pokręciłam łbem. - Ale to potem. Czego oni chcą?
- A bo ja wiem... - westchnęła wilczyca. - Ja jestem tu dopiero tydzień, a może aż tydzień... Było kilkanaście prób ucieczki, jednak oni w trójkę stale nie chcieli mi pomóc w ucieczce, nawet ją utrudniali. Mówię ci, coś z nimi nie tak. Wiem, że są Shafreyami, ogólnie to nie żadne takie rzadkie istoty jak my. To po prostu wilki, które współpracują z ludźmi i nie tolerują obecności innych wilków, które nie są Shafreyami. Najczęściej są uczone różnych magicznych sztuczek, ale głównie sztuki walki. Ale to nie moc wrodzona. Shafreyom nie warto ufać.
Przytaknęłam. Nie wiedziałam, czy warto jej ufać, ale coś mi kazało trzymać się jej. Spojrzałam na Gmorka.
- Często tu jest? - spytałam wskazując na niego. Już nie wiedziałam, czy Gmork jest wart zaufania, czy nie.
- Hm, pojawia się od dwóch lub trzech dni - odparła wilczyca. - Pewnie też jest Shafreyem.
- To niemożliwe - powiedziałam. - Pewnie jest zmuszany do tego... Bo na pewno nawet Shafrey nie zgodziłby się chodzić na smyczy!
- Hmm, to nawet możliwe. Ale powiedz mi, dlaczego on teraz rozmawia z nimi?
Spojrzałam w lewo. Rzeczywiście, Gmork rozmawiał z tymi dwoma tajemniczymi wilkami. Zdziwiłam się, ale nic nie powiedziałam. Westchnęłam tylko. Nie zobaczyłam czarnej wilczycy, która stała przy nas. Wilczyca Moonakr widocznie też nie.
- Jeszcze się nie przedstawiłam - powiedziałam szybko, zmieniając temat. - Blue.
- Lune - odpowiedziała wilczyca. Uśmiechnęłyśmy się do siebie.
Czarna wilczyca wróciła do reszty Shafreyów, trochę zdenerwowana.
- Lune przekonała białą - powiedziała do reszty szeptem. - Trzeba coś z nimi zrobić.
Reszta przytaknęła zgodnie, prócz Gmorka, który tylko westchnął.
- Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiła.
Spojrzałam na nią ciekawsko, nieco zdenerwowana.
- Nie ufaj tamtej trójce - wskazała łbem na szarego i rudego wilka, i na czarną wilczycę (nie tą czarnogranatową). - Oni są naszymi wrogami.
- Dlaczego akurat tobie mam ufać? - spytałam.
- Bo ja nie jestem Shafreyem - odparła wilczyca. - Tylko Moonakrem.
Dziwiłam się. Za dużo tego wszystkiego. Moonakry, Dhamony i Shafreye... Niczego nie rozumiałam.
- Nigdy nie słyszałam o Moonakrach i Shafreyach, o Dhamonach dowiedziałam się przedwczoraj wieczorem - powiedziałam i pokręciłam łbem. - Ale to potem. Czego oni chcą?
- A bo ja wiem... - westchnęła wilczyca. - Ja jestem tu dopiero tydzień, a może aż tydzień... Było kilkanaście prób ucieczki, jednak oni w trójkę stale nie chcieli mi pomóc w ucieczce, nawet ją utrudniali. Mówię ci, coś z nimi nie tak. Wiem, że są Shafreyami, ogólnie to nie żadne takie rzadkie istoty jak my. To po prostu wilki, które współpracują z ludźmi i nie tolerują obecności innych wilków, które nie są Shafreyami. Najczęściej są uczone różnych magicznych sztuczek, ale głównie sztuki walki. Ale to nie moc wrodzona. Shafreyom nie warto ufać.
Przytaknęłam. Nie wiedziałam, czy warto jej ufać, ale coś mi kazało trzymać się jej. Spojrzałam na Gmorka.
- Często tu jest? - spytałam wskazując na niego. Już nie wiedziałam, czy Gmork jest wart zaufania, czy nie.
- Hm, pojawia się od dwóch lub trzech dni - odparła wilczyca. - Pewnie też jest Shafreyem.
- To niemożliwe - powiedziałam. - Pewnie jest zmuszany do tego... Bo na pewno nawet Shafrey nie zgodziłby się chodzić na smyczy!
- Hmm, to nawet możliwe. Ale powiedz mi, dlaczego on teraz rozmawia z nimi?
Spojrzałam w lewo. Rzeczywiście, Gmork rozmawiał z tymi dwoma tajemniczymi wilkami. Zdziwiłam się, ale nic nie powiedziałam. Westchnęłam tylko. Nie zobaczyłam czarnej wilczycy, która stała przy nas. Wilczyca Moonakr widocznie też nie.
- Jeszcze się nie przedstawiłam - powiedziałam szybko, zmieniając temat. - Blue.
- Lune - odpowiedziała wilczyca. Uśmiechnęłyśmy się do siebie.
Czarna wilczyca wróciła do reszty Shafreyów, trochę zdenerwowana.
- Lune przekonała białą - powiedziała do reszty szeptem. - Trzeba coś z nimi zrobić.
Reszta przytaknęła zgodnie, prócz Gmorka, który tylko westchnął.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Rozdział VI: Jak się stąd wydostać?
Otwarłam oczy. Wkurzało mnie to, że nie mogę w spokoju żyć. Stale na swojej drodze spotykam jakieś przeciwności. Westchnęłam i wstałam. Zadałam sobie pytanie, dlaczego znowu obudziłam się w innym miejscu, niż byłam przed chwilą?! A może i "spałam" dłużej, niż mi się zdawało... Zaczęłam się rozglądać; oczywiście nikogo tutaj nie było, panowała tutaj ciemność i cisza. To zawsze bardzo wkurza, lub straszy. Jednak mnie bardziej to denerwowało. Poszłam przed siebie, szukając jakiegokolwiek wyjścia, o ile tu jakieś było.
W sumie to tamte nietoperze miały rację, odlatując od tamtego światła... Ciekawe, skąd wiedziały o niebezpieczeństwie. Pomyślałam, że warto by było użyć jakieś mocy dhamona, jednak nie wiedziałam, czy mi się przyda którakolwiek z nich. Znów westchnęłam, tylko teraz ciężej.
Usłyszałam za sobą jakiś szelest. Tym razem nie musiałam biegać wokół własnej osi, ponieważ postać już się nie kryła przede mną. Była wilczycą, której sierść zdawała się być granatowoczarna. Oczy były ciemnozłote, wpatrzone w moje. Na początku patrzyłam ze strachem na nią, ale potem uznałam, że nie ma czego się bać. Nic mi nie chciała zrobić, wyglądała na spokojną. Po chwili w ciemnościach zaświeciły się jeszcze inne pary oczu, niekoniecznie złotych, bo też zielone, brązowe, ple ple ple... ._.
Postacie zbliżały się. Wszyscy okazali się być wilkami, a łącznie było ich pięciu. Wilki stanęły przede mną.
- Kim ona jest? - spytał jeden z nich.
- Nowa - odparła czarnogranatowa (bo jak ją inaczej nazwać? o-o).
Szarobiały wilk zbliżył się do mnie.
- Pewnie nie wiesz, co to jest za miejsce, prawda? - zapytał.
- Nie - odpowiedziałam krótko.
- Podejrzewają nas o bycie dhamonami lub moonakrami - powiedział wilk. - Dhamonami akurat nie jesteśmy, natomiast wśród nas są dwa moonakry.
- I tylko dlatego nas tu złapali? - rozzłościłam się.
- Tak. Moonakry i dhamony są rzadkie... - powiedział rudoszary wilk.
Nie miałam ochoty pytać się, kim są moonakry. Nie było czasu, bo usłyszeliśmy jakiś hałas. Odwróciliśmy się szybko w stronę dźwięku. Jednak tam nic się nie ruszało, ale po chwili w mroku ujrzeliśmy błysk czyichś oczu. Pięć moich "sprzymierzeńców" zaczęło powarkiwać, więc ja też postanowiłam warczeć.
Bardzo się zdziwiłam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego człowieka z wilkiem na smyczy. W ogóle było to dziwne, aby trzymać na smyczy wilka. Wśród nas sześciu facet był bezbronny nawet z tym młodym basiorem! Przecież oni nie mają szans z nami! "To się nazywa przewaga liczebna." - pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu.
Jednak to nie był wilk do obrony. Po chwili wyłonił się cały z cienia. Był to Gmork.
Jakie to dziwne, że spotykamy się w tych najgorszych momentach, tych najmniej spodziewanych. To trochę podejrzane, ale teraz nie będę się tym przejmować.
Mężczyzna szybkim ruchem odpiął ze smyczy Gmorka, po czym wycofał się i zniknął w cieniu. Wyszedł stąd. Nie wiedziałam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego faceta. Też nie miałam pojęcia, jak oni tu weszli. Przecież tu nigdzie nie było drzwi, dziury, nic! Może gdzieś tam w cieniu...
Oczywiście ZNOWU nie miałam czasu się zastanawiać nad tym, co dla mnie ważne, bo wreszcie znalazłam Gmorka. Albo to on znalazł mnie... Chciałam do niego podbiec, jednak on skarcił mnie wzrokiem, co pewnie znaczyło, że nie mam do niego podchodzić. Domyśliłam się, że to ma być tak, jakbyśmy się w ogóle nie znali. Jestem ciekawa, co to znaczy - może te sześć wilków, które jest tutaj prócz mnie i Gmorka, są tak na prawdę naszymi wrogami? Może chcą się tylko z nami zaprzyjaźnić, aby potem dowiedzieć się, kim na prawdę jesteśmy? Miałam wiele pytań do Gmorka, jednak widocznie teraz nie mogłam.
Podeszłam do miejsca, gdzie po raz ostatni widziałam tamtego mężczyznę. Zobaczyłam wielki głaz, ktory zasłonił przejście. Niestety, nie dało się go odsunąć - widocznie był na prawdę gigantyczny, toteż ciężki. Westchnęłam. Nie miałam zamiaru rozglądać się w poszukiwaniu innych miejsc, gdzie moglibyśmy uciec. Trzeba było jakoś przesunąć kamień. Ale jak?
Podeszłam do tej czarnogranatowej wilczycy i zapytałam, czy kiedyś razem próbowali odsunąć głaz. Ona westchnęła i powiedziała, że tak, ale to trudne, skoro głaz jest zasunięty od zewnątrz.
Zaczęłam się kręcić po jaskini. Zobaczyłam smugę światła przede mną. Spojrzałam w górę. Na górze, nie tak wysoko, wpadały promienie słoneczne.
W sumie to tamte nietoperze miały rację, odlatując od tamtego światła... Ciekawe, skąd wiedziały o niebezpieczeństwie. Pomyślałam, że warto by było użyć jakieś mocy dhamona, jednak nie wiedziałam, czy mi się przyda którakolwiek z nich. Znów westchnęłam, tylko teraz ciężej.
Usłyszałam za sobą jakiś szelest. Tym razem nie musiałam biegać wokół własnej osi, ponieważ postać już się nie kryła przede mną. Była wilczycą, której sierść zdawała się być granatowoczarna. Oczy były ciemnozłote, wpatrzone w moje. Na początku patrzyłam ze strachem na nią, ale potem uznałam, że nie ma czego się bać. Nic mi nie chciała zrobić, wyglądała na spokojną. Po chwili w ciemnościach zaświeciły się jeszcze inne pary oczu, niekoniecznie złotych, bo też zielone, brązowe, ple ple ple... ._.
Postacie zbliżały się. Wszyscy okazali się być wilkami, a łącznie było ich pięciu. Wilki stanęły przede mną.
- Kim ona jest? - spytał jeden z nich.
- Nowa - odparła czarnogranatowa (bo jak ją inaczej nazwać? o-o).
Szarobiały wilk zbliżył się do mnie.
- Pewnie nie wiesz, co to jest za miejsce, prawda? - zapytał.
- Nie - odpowiedziałam krótko.
- Podejrzewają nas o bycie dhamonami lub moonakrami - powiedział wilk. - Dhamonami akurat nie jesteśmy, natomiast wśród nas są dwa moonakry.
- I tylko dlatego nas tu złapali? - rozzłościłam się.
- Tak. Moonakry i dhamony są rzadkie... - powiedział rudoszary wilk.
Nie miałam ochoty pytać się, kim są moonakry. Nie było czasu, bo usłyszeliśmy jakiś hałas. Odwróciliśmy się szybko w stronę dźwięku. Jednak tam nic się nie ruszało, ale po chwili w mroku ujrzeliśmy błysk czyichś oczu. Pięć moich "sprzymierzeńców" zaczęło powarkiwać, więc ja też postanowiłam warczeć.
Bardzo się zdziwiłam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego człowieka z wilkiem na smyczy. W ogóle było to dziwne, aby trzymać na smyczy wilka. Wśród nas sześciu facet był bezbronny nawet z tym młodym basiorem! Przecież oni nie mają szans z nami! "To się nazywa przewaga liczebna." - pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu.
Jednak to nie był wilk do obrony. Po chwili wyłonił się cały z cienia. Był to Gmork.
Jakie to dziwne, że spotykamy się w tych najgorszych momentach, tych najmniej spodziewanych. To trochę podejrzane, ale teraz nie będę się tym przejmować.
Mężczyzna szybkim ruchem odpiął ze smyczy Gmorka, po czym wycofał się i zniknął w cieniu. Wyszedł stąd. Nie wiedziałam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego faceta. Też nie miałam pojęcia, jak oni tu weszli. Przecież tu nigdzie nie było drzwi, dziury, nic! Może gdzieś tam w cieniu...
Oczywiście ZNOWU nie miałam czasu się zastanawiać nad tym, co dla mnie ważne, bo wreszcie znalazłam Gmorka. Albo to on znalazł mnie... Chciałam do niego podbiec, jednak on skarcił mnie wzrokiem, co pewnie znaczyło, że nie mam do niego podchodzić. Domyśliłam się, że to ma być tak, jakbyśmy się w ogóle nie znali. Jestem ciekawa, co to znaczy - może te sześć wilków, które jest tutaj prócz mnie i Gmorka, są tak na prawdę naszymi wrogami? Może chcą się tylko z nami zaprzyjaźnić, aby potem dowiedzieć się, kim na prawdę jesteśmy? Miałam wiele pytań do Gmorka, jednak widocznie teraz nie mogłam.
Podeszłam do miejsca, gdzie po raz ostatni widziałam tamtego mężczyznę. Zobaczyłam wielki głaz, ktory zasłonił przejście. Niestety, nie dało się go odsunąć - widocznie był na prawdę gigantyczny, toteż ciężki. Westchnęłam. Nie miałam zamiaru rozglądać się w poszukiwaniu innych miejsc, gdzie moglibyśmy uciec. Trzeba było jakoś przesunąć kamień. Ale jak?
Podeszłam do tej czarnogranatowej wilczycy i zapytałam, czy kiedyś razem próbowali odsunąć głaz. Ona westchnęła i powiedziała, że tak, ale to trudne, skoro głaz jest zasunięty od zewnątrz.
Zaczęłam się kręcić po jaskini. Zobaczyłam smugę światła przede mną. Spojrzałam w górę. Na górze, nie tak wysoko, wpadały promienie słoneczne.
czwartek, 21 marca 2013
Rozdział V: Poszukiwania i przygoda w jaskini
Obudził mnie jakiś szelest. Od razu otworzyłam oczy i podniosłam łeb. Zaczęłam się rozglądać. Spojrzałam na Gmo... Zaraz, zaraz! Nigdzie nie było Gmorka!
Zerwałam się z miejsca i zaczęłam go szukać. Nigdzie go nie było. Nie wiedziałam, kiedy odszedł i czy w ogóle zrobił to z własnej woli.
Gdy minęło pół godziny, odkąd szukałam swojego przyjaciela, postanowiłam sprawdzić, czy nie ma go czasem w miejscu gdzie walczyliśmy z psami. Tam go nie było. Uznałam, że nie warto szukać gdzie indziej.
Gmork po prostu przepadł.
Szukałam jeszcze długo, potem upolowałam i zjadłam dwa króliki.
W końcu, gdy przeszłam już kilka kilometrów, uznałam, że Gmork nie mógł pójść aż tak daleko. Pomyślałam też, że ktoś go MUSIAŁ porwać. Bo przecież sam by nie odszedł ode mnie... chyba. Nagle do głowy przyszedł mi zwariowany pomysł - może wchodzić do różnych miast i domów, aby sprawdzić, czy go tam nie ma? Skarciłam się w myślach. Za dużo ryzykowałam dla byle wilka. No dobra. To nie był byle wilk. Chciałam dokończyć tę myśl inaczej, ale ponownie się skarciłam i dokończyłam; mógł mnie nauczyć jeszcze wiele o dhamonach!
Byłam zła na siebie i też trochę na Gmorka. Postanowiłam przerwać poszukiwania.
Znalazłam jakąś opuszczoną, małą jaskinię i postanowiłam się w niej zatrzymać. Położyłam się w jej progu i ułożyłam łeb na łapach.
[dok.]
Nawet nie wiedziałam, kiedy usnęłam. Nigdy przecież nie śpię w ciągu dnia! W każdym razie teraz tak się stało. Byłam trochę zła na siebie, ale nie miałam czasu na tego podobne sprawy. Otóż nie obudziłam się w swojej jaskini. Pfff, to nie była moja jaskinia, więc można powiedzieć, że nie obudziłam się tam, gdzie usnęłam. I to mnie nie tylko zdziwiło, ale też przeraziło. Na szczęście nie byłam w żadnej klatce lub ciężarówce. Tylko, że... Byłam w znacznie bardziej przerażającym miejscu.
Tak, może i fakt, że jestem w innej jaskini was nie poruszy, jednak to nie była zwykła grota. Otóż wszędzie było pełno stalaktytów [tak dla tych, którzy nie uważali na lekcjach - są to takie jakby duże kawałki skał zwisające z sufitu wielu jaskiń], a na końcu było jakieś czerwone światełko... Tak, tak, to jeszcze nie jest straszne. Tylko czy przerazilibyście się, gdybyście słyszeli jakieś szepty za sobą, mimo, że za tobą jest ocios ciemnej jaskini? [ocios - ściany groty] No, tylko, że te szepty wymawiały moje imię, kiedy się odwracałam, pojawiały się za mną, i tak w kółko się kręciłam, w końcu zrezygnowałam z biegania wokół własnej osi. Postanowiłam znaleźć wyjście, bo zwykłe wejście zostało zasunięte jakąś skałą. Poszłam w stronę tajemniczego światła, ignorując dziwne szepty.
Nad moją głową przeleciało kilka nietoperzy, ale te, zauważając światło, od razu odleciały. Zdziwiłam się. Nietoperze nie powinny aż tak bać się światła! Pomyślałam, że to może być coś niebezpiecznego. Mimo to poszłam dalej.
Jednak po chwili, zamiast widzieć blask światła z bliska, nastała dla mnie ciemność.
Zerwałam się z miejsca i zaczęłam go szukać. Nigdzie go nie było. Nie wiedziałam, kiedy odszedł i czy w ogóle zrobił to z własnej woli.
Gdy minęło pół godziny, odkąd szukałam swojego przyjaciela, postanowiłam sprawdzić, czy nie ma go czasem w miejscu gdzie walczyliśmy z psami. Tam go nie było. Uznałam, że nie warto szukać gdzie indziej.
Gmork po prostu przepadł.
Szukałam jeszcze długo, potem upolowałam i zjadłam dwa króliki.
W końcu, gdy przeszłam już kilka kilometrów, uznałam, że Gmork nie mógł pójść aż tak daleko. Pomyślałam też, że ktoś go MUSIAŁ porwać. Bo przecież sam by nie odszedł ode mnie... chyba. Nagle do głowy przyszedł mi zwariowany pomysł - może wchodzić do różnych miast i domów, aby sprawdzić, czy go tam nie ma? Skarciłam się w myślach. Za dużo ryzykowałam dla byle wilka. No dobra. To nie był byle wilk. Chciałam dokończyć tę myśl inaczej, ale ponownie się skarciłam i dokończyłam; mógł mnie nauczyć jeszcze wiele o dhamonach!
Byłam zła na siebie i też trochę na Gmorka. Postanowiłam przerwać poszukiwania.
Znalazłam jakąś opuszczoną, małą jaskinię i postanowiłam się w niej zatrzymać. Położyłam się w jej progu i ułożyłam łeb na łapach.
[dok.]
Nawet nie wiedziałam, kiedy usnęłam. Nigdy przecież nie śpię w ciągu dnia! W każdym razie teraz tak się stało. Byłam trochę zła na siebie, ale nie miałam czasu na tego podobne sprawy. Otóż nie obudziłam się w swojej jaskini. Pfff, to nie była moja jaskinia, więc można powiedzieć, że nie obudziłam się tam, gdzie usnęłam. I to mnie nie tylko zdziwiło, ale też przeraziło. Na szczęście nie byłam w żadnej klatce lub ciężarówce. Tylko, że... Byłam w znacznie bardziej przerażającym miejscu.
Tak, może i fakt, że jestem w innej jaskini was nie poruszy, jednak to nie była zwykła grota. Otóż wszędzie było pełno stalaktytów [tak dla tych, którzy nie uważali na lekcjach - są to takie jakby duże kawałki skał zwisające z sufitu wielu jaskiń], a na końcu było jakieś czerwone światełko... Tak, tak, to jeszcze nie jest straszne. Tylko czy przerazilibyście się, gdybyście słyszeli jakieś szepty za sobą, mimo, że za tobą jest ocios ciemnej jaskini? [ocios - ściany groty] No, tylko, że te szepty wymawiały moje imię, kiedy się odwracałam, pojawiały się za mną, i tak w kółko się kręciłam, w końcu zrezygnowałam z biegania wokół własnej osi. Postanowiłam znaleźć wyjście, bo zwykłe wejście zostało zasunięte jakąś skałą. Poszłam w stronę tajemniczego światła, ignorując dziwne szepty.
Nad moją głową przeleciało kilka nietoperzy, ale te, zauważając światło, od razu odleciały. Zdziwiłam się. Nietoperze nie powinny aż tak bać się światła! Pomyślałam, że to może być coś niebezpiecznego. Mimo to poszłam dalej.
Jednak po chwili, zamiast widzieć blask światła z bliska, nastała dla mnie ciemność.
piątek, 15 marca 2013
Rozdział IV: Ucieczka i cała prawda o dhamonach.
Minął już tydzień, odkąd walczymy z psami. Mieliśmy tego dość! Codziennie walczyliśmy z coraz groźniejszymi napastnikami.
Postanowiliśmy dzisiaj stąd uciec. Kiedy przyszła moja kolej na walkę, a Gmorka właśnie ładowali do klatki, mój przyjaciel w pewnej chwili odwrócił się i skoczył na osobę, która właśnie go wprowadzała do 'więzienia'. Ta przewróciła się. Wszystkie twarze zostały zwrócone ku Gmorkowi, a ja w tym czasie, uciekłam z 'ringu'. Wybiegliśmy z obory, której drzwi było łatwo otworzyć.
Przez chwilę nasz były właściciel nas gonił, ale w końcu skapitulował. Zapuściliśmy się głęboko w leżący nieopodal las. A że był wieczór, położyliśmy się na ziemi (gdyż nie mieliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy usnąć - żadnej nory, jaskini).
- Czy możesz mi teraz powiedzieć wszystko o tym znaku na naszych łapach? - spytałam po chwili milczenia.
Gmork spojrzał na mnie i powiedział:
- Mogę. A więc, to znaczy, że jesteśmy dhamonami... [czyt. dejmonami]
- Dhamo.. co?
- Dhamonami. - powiedział spokojnie wilk.
Spojrzałam na niego w osłupieniu.
- Co to w ogóle jest..?
Gmork zaśmiał się głośno.
- Nigdy o nich nie słyszałaś? - a widząc, że pokręciłam głową, zaczął opowiadać: - A więc dhamony to bardzo rzadkie stworzenia. Występują w różnych postaciach - czasem jest to wilk, innym razem dziki kot, rzadziej człowiek. W sumie jest ich koło 13. Kiedy przychodzi odpowiedni czas, dhamon dokonuje jakby ewolucji. Znak na jego ciele zaczyna lekko błyszczeć i boleć. Wtedy czuje jakiś napływ energii. Potem może używać swojej mocy kiedy tylko chce. A kolorów znaków na łapie czy ręce to czerwony, niebieski, biały lub złoty. Ty masz niebieski, więc twój żywioł to woda. Mój jest ogniem. Już przeżyłem tą całą ewolucję, jednak nie używam tej mocy na codzień, bo nie chcę, aby stało się coś złego.
- Na przykład co? - chciałam wiedzieć o dhamonach jak najwięcej.
- Jest wiele ludzi, którzy łapią dhamony - te w postaci zwierząt - i chcą sprzedać, zarabiają sporo kasy. Na szczęście tamci co nas chcieli zbadać, nie wiedzą o istnieniu takich istot jak dhamony. Poza tym, gdy używamy swojej mocy, najczęściej czujemy pewien ból, czasem możemy nawet stracić przytomność. To zależy od siły mocy.
Podczas gdy on mówił, ja zaczęłam się zastanawiać nad tą mocą.. Nie wiedziałam, dlaczego dhamony nie są przyzwyczajone do tego mdlenia, powinny być jakoś uodpornione! Powiedziałam to Gmorkowi.
- Wszystko ma swoje plusy i minusy - odpowiedział na to mój przyjaciel. - Masz jakieś jeszcze pytania?
- Tak. Czy dhamony to jakby idzie przez geny?
- Nie - odpowiedział krótko Gmork. - Jeszcze coś?
Ja potrząsnęłąm łbem. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Porozmawialiśmy jeszcze trochę na wiele różnych tematów, nawet bezsensownych, a potem usnęliśmy.
Postanowiliśmy dzisiaj stąd uciec. Kiedy przyszła moja kolej na walkę, a Gmorka właśnie ładowali do klatki, mój przyjaciel w pewnej chwili odwrócił się i skoczył na osobę, która właśnie go wprowadzała do 'więzienia'. Ta przewróciła się. Wszystkie twarze zostały zwrócone ku Gmorkowi, a ja w tym czasie, uciekłam z 'ringu'. Wybiegliśmy z obory, której drzwi było łatwo otworzyć.
Przez chwilę nasz były właściciel nas gonił, ale w końcu skapitulował. Zapuściliśmy się głęboko w leżący nieopodal las. A że był wieczór, położyliśmy się na ziemi (gdyż nie mieliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy usnąć - żadnej nory, jaskini).
- Czy możesz mi teraz powiedzieć wszystko o tym znaku na naszych łapach? - spytałam po chwili milczenia.
Gmork spojrzał na mnie i powiedział:
- Mogę. A więc, to znaczy, że jesteśmy dhamonami... [czyt. dejmonami]
- Dhamo.. co?
- Dhamonami. - powiedział spokojnie wilk.
Spojrzałam na niego w osłupieniu.
- Co to w ogóle jest..?
Gmork zaśmiał się głośno.
- Nigdy o nich nie słyszałaś? - a widząc, że pokręciłam głową, zaczął opowiadać: - A więc dhamony to bardzo rzadkie stworzenia. Występują w różnych postaciach - czasem jest to wilk, innym razem dziki kot, rzadziej człowiek. W sumie jest ich koło 13. Kiedy przychodzi odpowiedni czas, dhamon dokonuje jakby ewolucji. Znak na jego ciele zaczyna lekko błyszczeć i boleć. Wtedy czuje jakiś napływ energii. Potem może używać swojej mocy kiedy tylko chce. A kolorów znaków na łapie czy ręce to czerwony, niebieski, biały lub złoty. Ty masz niebieski, więc twój żywioł to woda. Mój jest ogniem. Już przeżyłem tą całą ewolucję, jednak nie używam tej mocy na codzień, bo nie chcę, aby stało się coś złego.
- Na przykład co? - chciałam wiedzieć o dhamonach jak najwięcej.
- Jest wiele ludzi, którzy łapią dhamony - te w postaci zwierząt - i chcą sprzedać, zarabiają sporo kasy. Na szczęście tamci co nas chcieli zbadać, nie wiedzą o istnieniu takich istot jak dhamony. Poza tym, gdy używamy swojej mocy, najczęściej czujemy pewien ból, czasem możemy nawet stracić przytomność. To zależy od siły mocy.
Podczas gdy on mówił, ja zaczęłam się zastanawiać nad tą mocą.. Nie wiedziałam, dlaczego dhamony nie są przyzwyczajone do tego mdlenia, powinny być jakoś uodpornione! Powiedziałam to Gmorkowi.
- Wszystko ma swoje plusy i minusy - odpowiedział na to mój przyjaciel. - Masz jakieś jeszcze pytania?
- Tak. Czy dhamony to jakby idzie przez geny?
- Nie - odpowiedział krótko Gmork. - Jeszcze coś?
Ja potrząsnęłąm łbem. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Porozmawialiśmy jeszcze trochę na wiele różnych tematów, nawet bezsensownych, a potem usnęliśmy.
poniedziałek, 11 marca 2013
Rozdział III: Walki psów
Gdy mężczyzna wyniósł nas z ciężarówki, okazało się, że trafiliśmy na targ. Od razu skojarzyłam sobie, że facet będzie chciał nas sprzedać za duże pieniądze. I tak się stało.
Mężczyzna położył klatkę na jednym ze stołków, przed nami wystawił kartkę z napisem "Na sprzedaż". Gmork pokręcił łbem. Szepnął do mnie:
- Wyglądaj na groźną - poradził. - Jest wielkie prawdopodobieństwo, że to odrzuci wielu kupujących.
Przytaknęłam. Oboje zaczęliśmy warczeć na przechodzących, a przy każej okazji kłapaliśmy szczękami, próbując ugryźć przechodniów. Ci przebiegali jak najdalej od naszych klatek, chcąc być bezpiecznym.
Po kilku godzinach siedzenia w klatce i warczenia, podszedł do nas pewien mężczyzna. Zaczął rozmawiać z naszym 'panem':
- Kupię je. Przydadzą się do walk psów. Ile kosztują?
- Tysiąc pięćset - odparł 'pan'.
Kupujący pokręcił głową.
- Dam tysiąc - zaproponował. Rozpoczęła się licytacja.
W końcu stanęło na 1 300 zł. Nasz nowy właściciel zabrał klatkę i włożył do samochodu. Rozpoczęła się kolejna jazda samochodem...
W drodze zapytałam Gmorka o walki psów. Ten opowiedział mi, że ludzie zakładają się, który z psów wygra podczas walk, i gdy wygrywa zakład, dostaje sporą sumę pieniędzy. Psy walczą ze sobą do upadłego.
Zdziwiłam się.
- Ale my nie jesteśmy psami!
- No cóż, kilka wilków też brało udział w tych walkach, więc my też możemy.
- Ja nie chcę! - zaprotestowałam.
- Ja też - westchnął Gmork. - Ale musimy. Niestety. Ale mamy nad tymi psami przewagę, w końcu jesteśmy wilkami..!
Położyłam łeb na łapach i zamknęłam oczy. Pomyślałam sobie, że ta cała podróż to tylko sen. Nie, nie sen - prawdziwy koszmar! Bardzo chciałam się obudzić. Ale okazało się, że to rzeczywistość, niestety.
Po kilku minutach przejażdżka dobiegła końca. Wyjęto nas z klatki, weszliśmy do jakiejś stodoły.
Tam słychać było szczekanie psów i powarkiwania. Stodoła była duża, mieliśmy własny kąt, więc nie musieliśmy się martwić o miejsce na klatkę (to była ironia, z tą dużą ilością miejsca -.-). Niedaleko nas odbywała się walka dwóch psów - wilczarza irlandzkiego i boksera. Bokser skonał, nie miał szans z takim olbrzymem.
W końcu minęło kilka walk, kolej na nas. Nie walczyliśmy przeciwko sobie, najpierw poszłam ja. Ughhh, dlaczego nie Gmork? Miałam walczyć z dużym owczarkiem podhalańskim. Tak, ten biały michu podobny do goldena. Czyż nie słodki? Tylko jaki duży! Zostaliśmy wpuszczeni do osobnych, małych klatek. Ludzie zaczęli się zakładać. Większość, ze względu na wielkość owczarka, wybrali jego. Zakłady były na prawdę duże. Że też ludziom nie żal tej kasy!
Po chwili zaczęli odliczać. 3.. 2.. 1.. Otworzyli klatki. Owczarek wybiegł pierwszy. Ja nie zdążyłam jeszcze do końcy wybiec z klatki, a ten już skoczył w moim kierunku. Szybkim ruchem uniknęłam ataku, skręcając. Nie miałam ochoty walczyć. Ten pies przeciwnie. Co mu zrobili? Dlaczego wywołują taką agresję na psach?! Kto wymyślił te durne zawody? Ciekawe, co by zrobili ci ludzie, którzy teraz tak się na nas gapią, gdyby byli w mojej skórze.
Te rozmyślania przerwało wielkie psisko, które na mnie biegło z zawrotną prędkością. Stale skręcałam, unikając ataków, a pies wlatywał w ściany 'ringu'. W końcu nie zdążyłam i chwycił mnie za kark. Wykręciłam się i z furią skoczyłam na niego. Gryźliśmy się długo, w końcu odskoczyłam. Kilka następnych rąbnięć w ściany pozbawiło owczarka tak dużej siły, jaką miał na samym początku walki. W końcu biegał już wolniej, a wtedy go dobiłam. Pies padł bez tchu.
Kilkunastu ludzi zaczęło krzyczeć z radości, kilkudziesięciu ze złości. Mój właściciel zaprowadził mnie do klatki i wypuścił z niej Gmorka. Teraz to on miał walczyć. Nie miałam zamiaru tego oglądać. Poza tym byłam zmęczona. Raz skierowałam swój wzrok na 'ring', gdzie Gmork walczył zajadle z amstaffem. Walka była bardzo długa. Usłyszałam od któregoś z ludzi, że nie może się zakończyć remisem. Przecież oboje byli bardzo ranni! Po raz enty się pytam, dlaczego wymyślili walki psów?! W tym przypadku - walki psów i wilków!
Po kilkudziesięciu następnych długich minutach, oboje walczący opadli bez sił. Amstaff pierwszy, Gmork po minucie, więc uznali wilka za zwycięzcę szalonej walki. Przynieśli Gmorka do klatki. Nie miał ochoty rozmawiać. Nie dziwiłam mu się, nie miał dość siły.
Zapadł zmrok. Nie mogłam usnąć. Psy stale szczekały, mnie dręczyły złe myśli. Bałam się, że w końcu jakiś z psów zabije mnie i Gmorka. Chciałam się stąd wyrwać. Jednak nie miałam żadnego pomysłu.
W końcu, koło drugiej nad ranem, usnęłam.
Mężczyzna położył klatkę na jednym ze stołków, przed nami wystawił kartkę z napisem "Na sprzedaż". Gmork pokręcił łbem. Szepnął do mnie:
- Wyglądaj na groźną - poradził. - Jest wielkie prawdopodobieństwo, że to odrzuci wielu kupujących.
Przytaknęłam. Oboje zaczęliśmy warczeć na przechodzących, a przy każej okazji kłapaliśmy szczękami, próbując ugryźć przechodniów. Ci przebiegali jak najdalej od naszych klatek, chcąc być bezpiecznym.
Po kilku godzinach siedzenia w klatce i warczenia, podszedł do nas pewien mężczyzna. Zaczął rozmawiać z naszym 'panem':
- Kupię je. Przydadzą się do walk psów. Ile kosztują?
- Tysiąc pięćset - odparł 'pan'.
Kupujący pokręcił głową.
- Dam tysiąc - zaproponował. Rozpoczęła się licytacja.
W końcu stanęło na 1 300 zł. Nasz nowy właściciel zabrał klatkę i włożył do samochodu. Rozpoczęła się kolejna jazda samochodem...
W drodze zapytałam Gmorka o walki psów. Ten opowiedział mi, że ludzie zakładają się, który z psów wygra podczas walk, i gdy wygrywa zakład, dostaje sporą sumę pieniędzy. Psy walczą ze sobą do upadłego.
Zdziwiłam się.
- Ale my nie jesteśmy psami!
- No cóż, kilka wilków też brało udział w tych walkach, więc my też możemy.
- Ja nie chcę! - zaprotestowałam.
- Ja też - westchnął Gmork. - Ale musimy. Niestety. Ale mamy nad tymi psami przewagę, w końcu jesteśmy wilkami..!
Położyłam łeb na łapach i zamknęłam oczy. Pomyślałam sobie, że ta cała podróż to tylko sen. Nie, nie sen - prawdziwy koszmar! Bardzo chciałam się obudzić. Ale okazało się, że to rzeczywistość, niestety.
Po kilku minutach przejażdżka dobiegła końca. Wyjęto nas z klatki, weszliśmy do jakiejś stodoły.
Tam słychać było szczekanie psów i powarkiwania. Stodoła była duża, mieliśmy własny kąt, więc nie musieliśmy się martwić o miejsce na klatkę (to była ironia, z tą dużą ilością miejsca -.-). Niedaleko nas odbywała się walka dwóch psów - wilczarza irlandzkiego i boksera. Bokser skonał, nie miał szans z takim olbrzymem.
W końcu minęło kilka walk, kolej na nas. Nie walczyliśmy przeciwko sobie, najpierw poszłam ja. Ughhh, dlaczego nie Gmork? Miałam walczyć z dużym owczarkiem podhalańskim. Tak, ten biały michu podobny do goldena. Czyż nie słodki? Tylko jaki duży! Zostaliśmy wpuszczeni do osobnych, małych klatek. Ludzie zaczęli się zakładać. Większość, ze względu na wielkość owczarka, wybrali jego. Zakłady były na prawdę duże. Że też ludziom nie żal tej kasy!
Po chwili zaczęli odliczać. 3.. 2.. 1.. Otworzyli klatki. Owczarek wybiegł pierwszy. Ja nie zdążyłam jeszcze do końcy wybiec z klatki, a ten już skoczył w moim kierunku. Szybkim ruchem uniknęłam ataku, skręcając. Nie miałam ochoty walczyć. Ten pies przeciwnie. Co mu zrobili? Dlaczego wywołują taką agresję na psach?! Kto wymyślił te durne zawody? Ciekawe, co by zrobili ci ludzie, którzy teraz tak się na nas gapią, gdyby byli w mojej skórze.
Te rozmyślania przerwało wielkie psisko, które na mnie biegło z zawrotną prędkością. Stale skręcałam, unikając ataków, a pies wlatywał w ściany 'ringu'. W końcu nie zdążyłam i chwycił mnie za kark. Wykręciłam się i z furią skoczyłam na niego. Gryźliśmy się długo, w końcu odskoczyłam. Kilka następnych rąbnięć w ściany pozbawiło owczarka tak dużej siły, jaką miał na samym początku walki. W końcu biegał już wolniej, a wtedy go dobiłam. Pies padł bez tchu.
Kilkunastu ludzi zaczęło krzyczeć z radości, kilkudziesięciu ze złości. Mój właściciel zaprowadził mnie do klatki i wypuścił z niej Gmorka. Teraz to on miał walczyć. Nie miałam zamiaru tego oglądać. Poza tym byłam zmęczona. Raz skierowałam swój wzrok na 'ring', gdzie Gmork walczył zajadle z amstaffem. Walka była bardzo długa. Usłyszałam od któregoś z ludzi, że nie może się zakończyć remisem. Przecież oboje byli bardzo ranni! Po raz enty się pytam, dlaczego wymyślili walki psów?! W tym przypadku - walki psów i wilków!
Po kilkudziesięciu następnych długich minutach, oboje walczący opadli bez sił. Amstaff pierwszy, Gmork po minucie, więc uznali wilka za zwycięzcę szalonej walki. Przynieśli Gmorka do klatki. Nie miał ochoty rozmawiać. Nie dziwiłam mu się, nie miał dość siły.
Zapadł zmrok. Nie mogłam usnąć. Psy stale szczekały, mnie dręczyły złe myśli. Bałam się, że w końcu jakiś z psów zabije mnie i Gmorka. Chciałam się stąd wyrwać. Jednak nie miałam żadnego pomysłu.
W końcu, koło drugiej nad ranem, usnęłam.
niedziela, 10 marca 2013
Rodział II: Znowu ludzie
Zwolniliśmy dopiero wtedy, gdy dotarliśmy do lasu. Przystanęliśmy i zaczęliśmy ziajać ze zmęczenia. Rana już mnie mniej bolała, toteż nie pojękiwałam. Tą ciszę przerywaną ziajaniem przerwał Gmork:
- Dziękuję za to, że pomogłaś mi się stamtąd wyrwać.
Ja uśmiechnęłam się skromnie.
- Nie ma za co...
Znów zapanowała niezręczna cisza. Poszliśmy dalej, w milczeniu. Co chwila oglądaliśmy się za siebie, obawiając się, że mężczyźni nas śledzą. Na szczęście tak nie było.
Po godzinie wędrowania zaszło słońce. Prawie zapomnieliśmy o mężczyznach, którzy chcieli nas złapać.
Wtem usłyszeliśmy za sobą trzask gałęzi. Odwróciłam się pierwsza. To coś się schowało szybko w krzakach. Ja i Gmork niespokojnie wymieniliśmy spojrzenia. Spojrzaliśmy w krzaki, w których to coś się schowało. Podeszłam tam. Nikogo nie było. Poszliśmy dalej, znowu zaczynając się rozglądać.
Znów usłyszeliśmy za sobą kroki. Obejrzeliśmy się. Pusto.
Minęło pół godziny po tym zdarzeniu, kiedy już przestaliśmy się rozglądać. Byliśmy pewni, że to coś nas nie śledzi. Jeszcze raz się obejrzałam w obawie, że to coś jednak nas śledzi. Nie było tam nikogo. Wtedy miałam stuprocentową pewność, że nic nas nie śledzi.
Ale myliłam się, i ja, i Gmork. Nagle otoczyło nas parę ludzi. Szybkim ruchem wpakowali nas do klatek. Zatrzasnęli je mocno. Próbowaliśmy wywarzyć drzwi naszych klatek, na próżno. Westchnęłam i spojrzałam bezradnie na Gmorka. Ten też westchnął i odwzajemnił spojrzenie.
Położyłam się w ciasnej klatce. Mężczyźni w końcu doszli do tego samego, mogę to już nazwać 'labolatorium'. Tamci 'naukowcy' byli zachwyceni tym, że ich wspólnicy nas znaleźli. Warknęłam na nich.
Oni nie mieli zamiaru wypuścić nas osobno. Wpuścili nas do tej samej sali, mogliśmy chodzić sobie po niej wolno. Gmork się zdziwił, ja zresztą też. Mężczyźni wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Chciałam coś im zdemolować, ale sala była zupełnie pusta. Spojrzałam na Gmorka, ktory bezradnie próbował otworzyć drzwi. Były zamknięte na klucz, więc zwykłe naciśnięcie klamki niczego nie obiecywało.
W końcu wilk zrezygnował z próbowania otworzyć drzwi. Usiadł w kącie. Ja położyłam się koło niego, mimowolnie.
Czekaliśmy jeszcze chwilkę, aż drzwi się otworzyły.
[dok.]
Spojrzeliśmy z dziwną mieszaniną ciekawości i strachu na otwierające się drzwi i wchodzących do nich ludzi. Zrobiliśmy kilka kroków w przód. Ludzie nawoływali nas i wyciągali ręce. Znów zaczęliśmy się cofać. Oni przyspieszyli. Gdy dotarliśmy do kąta i nie mogliśmy się, rzecz jasna, dalej wycofywać, skręciliśmy w prawo i wybiegliśmy przez niedomknięte drzwi.
Ludzie byli na to przygotowani, więc w wejściu postawili następną durną klatkę, do której wbiegliśmy, jak naiwni. Jeden z mężczyzn szybko ją zamknął. Wyszedł, pchając klatkę z 'labolatorium'. Włożył klatkę do bagażnika dużej, białej ciężarówki. Zatrzasnął drzwiczki.
Poczułam, jak auto rusza. Spojrzałam na Gmorka jak pokrzywdzone dziecko na swoją matkę. Ten westchnął.
- Ciekawe, gdzie nas wiezie.. - zastanawiał się na głos. - To już mnie irytuje.
- Mnie zastanawia - zaczęłam. - Dlaczego mamy te wzory na łapach i dlaczego chcą nas przez to zbadać.
Gmork uśmiechnął się do mnie, jakbym rzeczywiście była dzieckiem, które nic nie wie o otaczającym mnie świecie i powiedziało coś głupiego.
- Rzadko kto przecież takie coś ma. Poza tym, nie wiesz, do czego to służy? I nawet dobrze - powiedział.
Nic nie rozumiałam.
- Ale o co chodzi? - spytałam zbita z tropu.
- Ten wzór na łapie daje nam jakąś moc - powiedział cierpliwie Gmork. - Pod żadnym pozorem nie możemy tego używać przy ludziach, bo jeszcze coś z nami będą chcieli zrobić gorszego! I dobrze, że nie potrafisz tego używać.
- Ale dlaczego?! Jak można wykorzystać tę moc?
Gmork uśmiechnął się tajemniczo.
- Kiedy przyjdzie czas, sama się dowiesz.
Ciężarówka stanęła. Usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiczek kierowcy. Drzwi od bagażnika się otwarły.
- Dziękuję za to, że pomogłaś mi się stamtąd wyrwać.
Ja uśmiechnęłam się skromnie.
- Nie ma za co...
Znów zapanowała niezręczna cisza. Poszliśmy dalej, w milczeniu. Co chwila oglądaliśmy się za siebie, obawiając się, że mężczyźni nas śledzą. Na szczęście tak nie było.
Po godzinie wędrowania zaszło słońce. Prawie zapomnieliśmy o mężczyznach, którzy chcieli nas złapać.
Wtem usłyszeliśmy za sobą trzask gałęzi. Odwróciłam się pierwsza. To coś się schowało szybko w krzakach. Ja i Gmork niespokojnie wymieniliśmy spojrzenia. Spojrzaliśmy w krzaki, w których to coś się schowało. Podeszłam tam. Nikogo nie było. Poszliśmy dalej, znowu zaczynając się rozglądać.
Znów usłyszeliśmy za sobą kroki. Obejrzeliśmy się. Pusto.
Minęło pół godziny po tym zdarzeniu, kiedy już przestaliśmy się rozglądać. Byliśmy pewni, że to coś nas nie śledzi. Jeszcze raz się obejrzałam w obawie, że to coś jednak nas śledzi. Nie było tam nikogo. Wtedy miałam stuprocentową pewność, że nic nas nie śledzi.
Ale myliłam się, i ja, i Gmork. Nagle otoczyło nas parę ludzi. Szybkim ruchem wpakowali nas do klatek. Zatrzasnęli je mocno. Próbowaliśmy wywarzyć drzwi naszych klatek, na próżno. Westchnęłam i spojrzałam bezradnie na Gmorka. Ten też westchnął i odwzajemnił spojrzenie.
Położyłam się w ciasnej klatce. Mężczyźni w końcu doszli do tego samego, mogę to już nazwać 'labolatorium'. Tamci 'naukowcy' byli zachwyceni tym, że ich wspólnicy nas znaleźli. Warknęłam na nich.
Oni nie mieli zamiaru wypuścić nas osobno. Wpuścili nas do tej samej sali, mogliśmy chodzić sobie po niej wolno. Gmork się zdziwił, ja zresztą też. Mężczyźni wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Chciałam coś im zdemolować, ale sala była zupełnie pusta. Spojrzałam na Gmorka, ktory bezradnie próbował otworzyć drzwi. Były zamknięte na klucz, więc zwykłe naciśnięcie klamki niczego nie obiecywało.
W końcu wilk zrezygnował z próbowania otworzyć drzwi. Usiadł w kącie. Ja położyłam się koło niego, mimowolnie.
Czekaliśmy jeszcze chwilkę, aż drzwi się otworzyły.
[dok.]
Spojrzeliśmy z dziwną mieszaniną ciekawości i strachu na otwierające się drzwi i wchodzących do nich ludzi. Zrobiliśmy kilka kroków w przód. Ludzie nawoływali nas i wyciągali ręce. Znów zaczęliśmy się cofać. Oni przyspieszyli. Gdy dotarliśmy do kąta i nie mogliśmy się, rzecz jasna, dalej wycofywać, skręciliśmy w prawo i wybiegliśmy przez niedomknięte drzwi.
Ludzie byli na to przygotowani, więc w wejściu postawili następną durną klatkę, do której wbiegliśmy, jak naiwni. Jeden z mężczyzn szybko ją zamknął. Wyszedł, pchając klatkę z 'labolatorium'. Włożył klatkę do bagażnika dużej, białej ciężarówki. Zatrzasnął drzwiczki.
Poczułam, jak auto rusza. Spojrzałam na Gmorka jak pokrzywdzone dziecko na swoją matkę. Ten westchnął.
- Ciekawe, gdzie nas wiezie.. - zastanawiał się na głos. - To już mnie irytuje.
- Mnie zastanawia - zaczęłam. - Dlaczego mamy te wzory na łapach i dlaczego chcą nas przez to zbadać.
Gmork uśmiechnął się do mnie, jakbym rzeczywiście była dzieckiem, które nic nie wie o otaczającym mnie świecie i powiedziało coś głupiego.
- Rzadko kto przecież takie coś ma. Poza tym, nie wiesz, do czego to służy? I nawet dobrze - powiedział.
Nic nie rozumiałam.
- Ale o co chodzi? - spytałam zbita z tropu.
- Ten wzór na łapie daje nam jakąś moc - powiedział cierpliwie Gmork. - Pod żadnym pozorem nie możemy tego używać przy ludziach, bo jeszcze coś z nami będą chcieli zrobić gorszego! I dobrze, że nie potrafisz tego używać.
- Ale dlaczego?! Jak można wykorzystać tę moc?
Gmork uśmiechnął się tajemniczo.
- Kiedy przyjdzie czas, sama się dowiesz.
Ciężarówka stanęła. Usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiczek kierowcy. Drzwi od bagażnika się otwarły.
sobota, 9 marca 2013
Rozdział I: Wilk
Był wczesny ranek. Wyszłam ze swojej jaskini na polanę saren. Wolałam wcześniej iść na polowanie, według mnie to korzystniejsze. Zaczaiłam się za krzakami i czekałam na odpowiedni moment, aby zaatakować którąkolwiek z saren.
Nagle sarny podniosły głowy i po kilku sekundach zaczęły uciekać. Dobrze wiedziałam, że to nie przeze mnie się spłoszyły. Musiał to zrobić ktoś inny. Zaczęłam się rozglądać. Wyszłam z ukrycia.
Po chwili z mgły wyłoniła się czarna sylwetka. Po chwili była wyraźniejsza, Dostrzegłam przeszywające złote oczy. Po krótkim czasie uznałam, że to też wilk. Ujrzałam jego czerwone znaki na prawej przedniej łapie, podobne do swoich.
Schowałam się z powrotem, bałam się, że zrobi mi krzywdę. Wilk jednak usłyszał, jak się chowam i spojrzał w moją stronę. Podszedł powoli, ostrożnie stawiał łapy na jeszcze zimnej ziemi. Po chwili zapytał trochę groźnym głosem:
- Kto tu jest?
Zadrżałam. Przez to krzaki, w których się ukryłam, znów się poruszyły. Wilk po chwili znów się tam zjawił i dostrzegł mnie.
Ja, bezradna, wyszłam z ukrycia.
- Eee, cześć - przywitałam się niepewnie.
- Witaj - odparł wilk. - Co cię tu sprowadza?
- Sarny. Poluję zawsze rano, bo potem inne wilki się zbierają i trudno cokolwiek upolować.
Wilk przytaknął.
- Ja tak samo.
Zapanowała dręcząca cisza. Czułam się trochę niepewnie przy nim, bo nie wiedziałam, czy to przyjaciel, czy wróg. Mimo to powiedziałam:
- Mam na imię Blue, a ty?
Wilk znowu spojrzał na mnie. Odpowiedział krótko:
- Jestem Gmork.
Po chwili dodał, nieco speszony:
- Przepraszam, że spłoszyłem sarny.
- Nic nie szkodzi - powiedziałam szybko. - I tak niedługo tu wrócą.
Gmork przytaknął. Znowu zapanowała cisza. Po chwili basior odwrócił się i poszedł w swoją stronę, bez słowa. Chciałam go zatrzymać, ale on szybko zniknął w porannej mgle.
Przez cały dzień myślałam o Gmorku. Nie wiedziałam, dlaczego. Nigdy nie byłam chętna do przyjaźni z kimś innym, zawsze byłam samotniczką. Jednak on był inny, czułam w nim bratnią duszę. Ale nie wiedziałam, gdzie on jest i czy kiedykolwiek go zobaczę.
Sarny, jak myślałam, potem wróciły, Gmork jednak nie. Upolowałam jedną z młodych saren i zjadłam ją ze smakiem. Potem poszłam nad rzekę i napiłam się wody. Po chwili położyłam się tak, że moje łapy były zamoczone w wodzie. Położyłam łeb na łapach. Mgła odpadła kilka minut temu, więc wszystko było wyraźniejsze. Mimo to nie poszłam szukać tajmeniczego wilka, chęć do jego spotkania jakoś mi przeszła. Wstałam i poszłam w stronę kanionu. Szłam bezcelnie, jak każdego dnia. Od samego początku mego istnienia wędrowałam, od tamtego czasu przeszłam już całkiem sporo.
W końcu doszłam do małej wioski. Miałam nadzieję, że nie będę zbytnio zwracać na siebie uwagi, jednak niebieski znak mógł zdradzić to, że jestem dhamonem. Mimo to poszłam w stronę wioski. Na szczęście okazała się pusta.
Na końcu tegoż miasteczka dostrzegłam starą chatkę, w której paliło się światło. Zadrżałam. Przeszłam koło chatki, a gdy przede mną było okno, schyliłam się. Przypadkiem nadepnęłam na jeden z suchych liści, była bowiem jesień. Usłyszałam skrzypienie podłogi w domu. Zatrzymałam się. Zobaczyłam postać wychylającą się przez okno. Przywarłam do ściany, mając nadzieję, że mężczyzna mnie nie zobaczy. Niestety, parapetu nie było, więc nic mnie nie przysłoniło. Człowiek zobaczył mnie od razu. Przestraszył się, ale od razu zyskał świadomość i pobiegł w głąb domu. Po chwili wrócił z kijem. Postanowiłam się oddalić, na szczęście udało mi się ominąć ataku mężczyzny. Wybiegłam z wioski do lasu.
Po południu jak zwykle w lesie pojawili się myśliwi. Zwierzęta rzadko wychodziły ze swoich ukryć, jednak ja zbytnio oddaliłam się od swojej jaskini, aby do niej wracać. Postanowiłam, jak co dzień, wykurzyć z jednej z grot jakiegoś niedźwiedzia czy inne wilki. Jednak nie znalazłam ani jednej jaskini. Postanowiłam ukryć się wśród paproci. Schowałam się w gąszczu akurat wtedy, gdy zjawili się myśliwi. Zaczęli szukać jakiejkolwiek zdobyczy o pięknej sierści. Miałam czego się bać, byli uzbrojeni w dobre strzelby, nie patrzyli też pod nogi, mogli też mnie nadepnąć...
Jeden z nich to zrobił. Bardzo starałam się nie pisnąć, jednak zrobiłam to, mimowolnie. Myśliwy spojrzał pod nogi. Skierował strzelbę w mój łeb. Zadrżałam. Patrzyłam na niego błagalnie. Ten jednak nie chciał ulegnąć. W ostatniej chwili, gdy facet nacisnął na spust, zerwałam się do biegu. Kulka na szczęście nie trafiła mnie. Jednak poleciały następne w jej kierunku. Po chwili upadłam, nastała dla mnie ciemność.
Obudziłam się w klatce. Nie wiedziałam, co się stało. Jednak po chwili świadomość do mnie powróciła. O tym, co się stało przypomniał mi piekielny ból w boku. Skuliłam się. Dziwiłam się, że jeszcze żyję. Chciałam wstać, jednak nie udało mi się to.. Usłyszałam kroki. Warknęłam. Zobaczyłam przed sobą dwóch ludzi. Nie wyglądali na myśliwych. Rozmawiali o niebieskim kolorze i jakimś znaku... Po chwili zrozumiałam, że chodzi o moje niebieski znaki na łapie. Spojrzałam na nich niewiernie. Jeden z ludzi oddalił się, drugi też, ale po kilku sekundach.
Po chwili zauważyłam drugą klatkę koło siebie. W niej leżała czarna postać z czerwonym znakiem na łapie... To na pewno był Gmork! Jaki zbieg okoliczności, że znowu się spotkaliśmy! I do tego w takim dziwnym miejscu..! Chciałam go zawołać po imieniu, ale bałam się reakcji jego i tych dziwnych ludzi. Podniosłam łeb. Wysiliłam się, aby usiąść. Patrzyłam na niego chwilę. Był odwrócony ode mnie. Leżał, ale oddychał, zobaczyłam po chwili, że oczy ma otwarte. Pisnęłam cicho. Gmork podniósł łeb, a widząc mnie, szybko usiadł. Raz syknął, co chyba znaczyło, że też dostał kulką czy czymś innym. Zapytałam go od razu, jak się tutaj zjawił. On opowiedział mi o tym, jak szedł wzdłuż kanionu, gdy spotkał tych ludzi. Strzelili mu coś w stylu leku usypiającego i.. usnął. Potem obudził się tu. Mówił, że będą chcieli nas zbadać, nie wiedząc, o co chodzi z tymi znakami na łapach.
Wystraszyłam się. Nie wiedzieliśmy oboje, jakie miały być te badania, co potem z nami zrobią. To wszystko wydawało mi się bardzo głupie..
Do sali znowu weszli ci mężczyźni. Otworzyli moją klatkę. Ja warknęłam ostrzegawczo, wstałam. Oni nie bali się mnie, w końcu wyszłam z klatki. Zaprowadzili mnie do innej sali. W progu chciałam zawrócić, jednak za mną stał jeden z tych mężczyzn. Skoczyłam na niego i przewróciłam. Drugi facet zaczął mnie gonić, a tamten leżał jeszcze chwilę na ziemi, po czym wstał i zaczęła się wielka gonitwa. Wbiegłam do sali, gdzie dotychczas przebywał Gmork i starałam się otworzyć klatkę. Na próżno, była zamknięta.
Mężczyźni wbiegli do sali i pobiegli w moją stronę. Wyciągnęli ręce, aby mnie złapać. Ja zrobiłam szybki unik i przez to oboje wpadli na drzwi klatki Gmorka, która otwarła się. Wilk wybiegł, przeskakując przez leżących. Zaczęliśmy szukać wyjścia..
W końcu dobiegliśmy do końca korytarza. Gmork skoczył na klamkę. Zamknięte drzwi... Podbiegliśmy do kolejnych, które były otwarte. Na szczęście prowadziły do wyjścia. Za nami rozległy się przekleństwa i krzyki:
- Jeszcze was dopadniemy!
[poprawione ;)]
Nagle sarny podniosły głowy i po kilku sekundach zaczęły uciekać. Dobrze wiedziałam, że to nie przeze mnie się spłoszyły. Musiał to zrobić ktoś inny. Zaczęłam się rozglądać. Wyszłam z ukrycia.
Po chwili z mgły wyłoniła się czarna sylwetka. Po chwili była wyraźniejsza, Dostrzegłam przeszywające złote oczy. Po krótkim czasie uznałam, że to też wilk. Ujrzałam jego czerwone znaki na prawej przedniej łapie, podobne do swoich.
Schowałam się z powrotem, bałam się, że zrobi mi krzywdę. Wilk jednak usłyszał, jak się chowam i spojrzał w moją stronę. Podszedł powoli, ostrożnie stawiał łapy na jeszcze zimnej ziemi. Po chwili zapytał trochę groźnym głosem:
- Kto tu jest?
Zadrżałam. Przez to krzaki, w których się ukryłam, znów się poruszyły. Wilk po chwili znów się tam zjawił i dostrzegł mnie.
Ja, bezradna, wyszłam z ukrycia.
- Eee, cześć - przywitałam się niepewnie.
- Witaj - odparł wilk. - Co cię tu sprowadza?
- Sarny. Poluję zawsze rano, bo potem inne wilki się zbierają i trudno cokolwiek upolować.
Wilk przytaknął.
- Ja tak samo.
Zapanowała dręcząca cisza. Czułam się trochę niepewnie przy nim, bo nie wiedziałam, czy to przyjaciel, czy wróg. Mimo to powiedziałam:
- Mam na imię Blue, a ty?
Wilk znowu spojrzał na mnie. Odpowiedział krótko:
- Jestem Gmork.
Po chwili dodał, nieco speszony:
- Przepraszam, że spłoszyłem sarny.
- Nic nie szkodzi - powiedziałam szybko. - I tak niedługo tu wrócą.
Gmork przytaknął. Znowu zapanowała cisza. Po chwili basior odwrócił się i poszedł w swoją stronę, bez słowa. Chciałam go zatrzymać, ale on szybko zniknął w porannej mgle.
Przez cały dzień myślałam o Gmorku. Nie wiedziałam, dlaczego. Nigdy nie byłam chętna do przyjaźni z kimś innym, zawsze byłam samotniczką. Jednak on był inny, czułam w nim bratnią duszę. Ale nie wiedziałam, gdzie on jest i czy kiedykolwiek go zobaczę.
Sarny, jak myślałam, potem wróciły, Gmork jednak nie. Upolowałam jedną z młodych saren i zjadłam ją ze smakiem. Potem poszłam nad rzekę i napiłam się wody. Po chwili położyłam się tak, że moje łapy były zamoczone w wodzie. Położyłam łeb na łapach. Mgła odpadła kilka minut temu, więc wszystko było wyraźniejsze. Mimo to nie poszłam szukać tajmeniczego wilka, chęć do jego spotkania jakoś mi przeszła. Wstałam i poszłam w stronę kanionu. Szłam bezcelnie, jak każdego dnia. Od samego początku mego istnienia wędrowałam, od tamtego czasu przeszłam już całkiem sporo.
W końcu doszłam do małej wioski. Miałam nadzieję, że nie będę zbytnio zwracać na siebie uwagi, jednak niebieski znak mógł zdradzić to, że jestem dhamonem. Mimo to poszłam w stronę wioski. Na szczęście okazała się pusta.
Na końcu tegoż miasteczka dostrzegłam starą chatkę, w której paliło się światło. Zadrżałam. Przeszłam koło chatki, a gdy przede mną było okno, schyliłam się. Przypadkiem nadepnęłam na jeden z suchych liści, była bowiem jesień. Usłyszałam skrzypienie podłogi w domu. Zatrzymałam się. Zobaczyłam postać wychylającą się przez okno. Przywarłam do ściany, mając nadzieję, że mężczyzna mnie nie zobaczy. Niestety, parapetu nie było, więc nic mnie nie przysłoniło. Człowiek zobaczył mnie od razu. Przestraszył się, ale od razu zyskał świadomość i pobiegł w głąb domu. Po chwili wrócił z kijem. Postanowiłam się oddalić, na szczęście udało mi się ominąć ataku mężczyzny. Wybiegłam z wioski do lasu.
Po południu jak zwykle w lesie pojawili się myśliwi. Zwierzęta rzadko wychodziły ze swoich ukryć, jednak ja zbytnio oddaliłam się od swojej jaskini, aby do niej wracać. Postanowiłam, jak co dzień, wykurzyć z jednej z grot jakiegoś niedźwiedzia czy inne wilki. Jednak nie znalazłam ani jednej jaskini. Postanowiłam ukryć się wśród paproci. Schowałam się w gąszczu akurat wtedy, gdy zjawili się myśliwi. Zaczęli szukać jakiejkolwiek zdobyczy o pięknej sierści. Miałam czego się bać, byli uzbrojeni w dobre strzelby, nie patrzyli też pod nogi, mogli też mnie nadepnąć...
Jeden z nich to zrobił. Bardzo starałam się nie pisnąć, jednak zrobiłam to, mimowolnie. Myśliwy spojrzał pod nogi. Skierował strzelbę w mój łeb. Zadrżałam. Patrzyłam na niego błagalnie. Ten jednak nie chciał ulegnąć. W ostatniej chwili, gdy facet nacisnął na spust, zerwałam się do biegu. Kulka na szczęście nie trafiła mnie. Jednak poleciały następne w jej kierunku. Po chwili upadłam, nastała dla mnie ciemność.
Obudziłam się w klatce. Nie wiedziałam, co się stało. Jednak po chwili świadomość do mnie powróciła. O tym, co się stało przypomniał mi piekielny ból w boku. Skuliłam się. Dziwiłam się, że jeszcze żyję. Chciałam wstać, jednak nie udało mi się to.. Usłyszałam kroki. Warknęłam. Zobaczyłam przed sobą dwóch ludzi. Nie wyglądali na myśliwych. Rozmawiali o niebieskim kolorze i jakimś znaku... Po chwili zrozumiałam, że chodzi o moje niebieski znaki na łapie. Spojrzałam na nich niewiernie. Jeden z ludzi oddalił się, drugi też, ale po kilku sekundach.
Po chwili zauważyłam drugą klatkę koło siebie. W niej leżała czarna postać z czerwonym znakiem na łapie... To na pewno był Gmork! Jaki zbieg okoliczności, że znowu się spotkaliśmy! I do tego w takim dziwnym miejscu..! Chciałam go zawołać po imieniu, ale bałam się reakcji jego i tych dziwnych ludzi. Podniosłam łeb. Wysiliłam się, aby usiąść. Patrzyłam na niego chwilę. Był odwrócony ode mnie. Leżał, ale oddychał, zobaczyłam po chwili, że oczy ma otwarte. Pisnęłam cicho. Gmork podniósł łeb, a widząc mnie, szybko usiadł. Raz syknął, co chyba znaczyło, że też dostał kulką czy czymś innym. Zapytałam go od razu, jak się tutaj zjawił. On opowiedział mi o tym, jak szedł wzdłuż kanionu, gdy spotkał tych ludzi. Strzelili mu coś w stylu leku usypiającego i.. usnął. Potem obudził się tu. Mówił, że będą chcieli nas zbadać, nie wiedząc, o co chodzi z tymi znakami na łapach.
Wystraszyłam się. Nie wiedzieliśmy oboje, jakie miały być te badania, co potem z nami zrobią. To wszystko wydawało mi się bardzo głupie..
Do sali znowu weszli ci mężczyźni. Otworzyli moją klatkę. Ja warknęłam ostrzegawczo, wstałam. Oni nie bali się mnie, w końcu wyszłam z klatki. Zaprowadzili mnie do innej sali. W progu chciałam zawrócić, jednak za mną stał jeden z tych mężczyzn. Skoczyłam na niego i przewróciłam. Drugi facet zaczął mnie gonić, a tamten leżał jeszcze chwilę na ziemi, po czym wstał i zaczęła się wielka gonitwa. Wbiegłam do sali, gdzie dotychczas przebywał Gmork i starałam się otworzyć klatkę. Na próżno, była zamknięta.
Mężczyźni wbiegli do sali i pobiegli w moją stronę. Wyciągnęli ręce, aby mnie złapać. Ja zrobiłam szybki unik i przez to oboje wpadli na drzwi klatki Gmorka, która otwarła się. Wilk wybiegł, przeskakując przez leżących. Zaczęliśmy szukać wyjścia..
W końcu dobiegliśmy do końca korytarza. Gmork skoczył na klamkę. Zamknięte drzwi... Podbiegliśmy do kolejnych, które były otwarte. Na szczęście prowadziły do wyjścia. Za nami rozległy się przekleństwa i krzyki:
- Jeszcze was dopadniemy!
[poprawione ;)]
sobota, 16 lutego 2013
Pierwszy post - czyli o czym ten blog.
Tak, wiem, wiem. Ten post nikogo specjalnie nie będzie ciekawić, jednak muszę go napisać... Bo jeśli ktoś wejdzie na tego bloga i nie będzie wiedział, o czym tu jest, a widząc różnego rodzaju wpisy nic nie zroumie... To co? Poza tym, na każdym blogu takie coś jest, więc ja mam obowiązek to napisać. Też mi się nie chce... :/
Postaram się napisać o tym jak najkrócej, aby nikogo nie zanudzać :)
A więc, na tym blogu będę pisać swoje przemyślenia, to, czym chcę się z Wami podzielić... Czasem też będę zadawać Wam różne pytania, ale to na prawdę bardzo rzadko.
Pewnie zadajecie sobie pytanie, skąd więc ten tytuł bloga?
Otóż tutaj, jak pisałam przed chwilą, będą moje przemyślenia. Tak, będą, będą. A w tych przemyśleniach będą też moje weny do opowieści, a ich bohaterką jest Blue. Będę też czasem pisać o niej właśnie opowiadania, opisywać jej różne przygody. A kim jest Blue? Blue jest białą wilczycą, której jedno oko jest niebieskie, drugie zielone. Od innych wilków wyróżnia się tym, że potrafi korzystać z potężnej magii i potrafi, jak wilki z jej rasy, rozmawiać z ludźmi. Może i to głupio zabrzmiało, ale na prawdę, jak zaczniecie czytać, szybko się wciągniecie i po czasie uznacie, że te cechy, które posiada Blue, są normalne.
I prosiłabym o pisanie ocen tych opowieści w komentarzach, możecie też pisać uwagi dotyczące opowieści.
Mam nadzieję, że ta notka dostarczyła Wam odpowiednią ilość informacji dotyczących tego bloga.
Gdzie można mnie spotkać?
- na facebooku, oczywiście, ale mojego imienia i nazwiska Wam nie podam.
- na smokach nightwood, jako .Shadow.
Jeśli chcielibyście popisać ze mną opowieści,to napiszcie mi wiadomość na smokach NWD, będziemy pisać do siebie poprzez właśnie smoki.
A jeśli nie macie konta, sorki, kontaktu ze mną nie znajdziecie. Jedynie krótkie rozmowy w komciach.
A jeśli chcecie założyć konto na smokach, zapraszam :)
www.smoki.nightwood.net
No i oczywiście odchodzę od tematu, ostrzegam, że zdarzać będzie się tak często.
No, chyba to na tyle.
NiO ;)
Postaram się napisać o tym jak najkrócej, aby nikogo nie zanudzać :)
A więc, na tym blogu będę pisać swoje przemyślenia, to, czym chcę się z Wami podzielić... Czasem też będę zadawać Wam różne pytania, ale to na prawdę bardzo rzadko.
Pewnie zadajecie sobie pytanie, skąd więc ten tytuł bloga?
Otóż tutaj, jak pisałam przed chwilą, będą moje przemyślenia. Tak, będą, będą. A w tych przemyśleniach będą też moje weny do opowieści, a ich bohaterką jest Blue. Będę też czasem pisać o niej właśnie opowiadania, opisywać jej różne przygody. A kim jest Blue? Blue jest białą wilczycą, której jedno oko jest niebieskie, drugie zielone. Od innych wilków wyróżnia się tym, że potrafi korzystać z potężnej magii i potrafi, jak wilki z jej rasy, rozmawiać z ludźmi. Może i to głupio zabrzmiało, ale na prawdę, jak zaczniecie czytać, szybko się wciągniecie i po czasie uznacie, że te cechy, które posiada Blue, są normalne.
I prosiłabym o pisanie ocen tych opowieści w komentarzach, możecie też pisać uwagi dotyczące opowieści.
Mam nadzieję, że ta notka dostarczyła Wam odpowiednią ilość informacji dotyczących tego bloga.
Gdzie można mnie spotkać?
- na facebooku, oczywiście, ale mojego imienia i nazwiska Wam nie podam.
- na smokach nightwood, jako .Shadow.
Jeśli chcielibyście popisać ze mną opowieści,to napiszcie mi wiadomość na smokach NWD, będziemy pisać do siebie poprzez właśnie smoki.
A jeśli nie macie konta, sorki, kontaktu ze mną nie znajdziecie. Jedynie krótkie rozmowy w komciach.
A jeśli chcecie założyć konto na smokach, zapraszam :)
www.smoki.nightwood.net
No i oczywiście odchodzę od tematu, ostrzegam, że zdarzać będzie się tak często.
No, chyba to na tyle.
NiO ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)