piątek, 24 maja 2013

Rozdział XII: Kłótnia

Kiedy biegliśmy już dłuższy czas, nagle przypomniała mi się pewna ważna sprawa.
- Gmork.. - zaczęłam.
Ten przystanął. Ja też stanęłam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy.
- Naucz mnie tej mocy dhamona - powiedziałam stanowczo.
- No, ale mówiłem ci, że to pojawia się dopiero... - zaczął mój przyjaciel, ale ja mu przerwałam:
- Nie chodzi mi o to. Jak wcześniej to zrobiłeś..?
- Kiedy?
- W ukrytej jaskini Shafreyów.
- No, po prostu użyłem swojej mocy.
- Jak?
- Blue, uwierz mi - zaczał Gmork - sama tego nie wywołasz, to samo przyjdzie. I podejrzewam, że to już niedługo.
- Jakim cudem..? - spytałam, nieco zirytowana. W ogóle nie wiedziałam, dlaczego się tak denerwuję i upieram, ale teraz głupio było mi przyznać, że sama nie chciałam tak się zachować. Pewnie ty też tak czasem masz, więc wiesz o co chodzi. Mnie to akurat trudno ująć w słowa.
- Co?
- Skąd wiesz, że to niedługo?
- Przeczucie.
- Yhym... - mruknęłam.
Zapanowała krótka cisza. Po chwili coś mi się jeszcze przypomniało:
- Przed czym uciekaliście? Wiesz, wtedy gdy wbiegliście do waszej kryjówki.
- Sam nie wiem. Słyszałem tylko, że mamy uciekać, a dalszej części już nie pamiętam, tego co zobaczyłem i w ogóle...
- Kłamiesz.
- Niee, mówię prawdę! - bronił się Gmork.
- Yhym... - burknęłam. Postanowiłam już zakończyć tę rozmowę.
Poszłam dalej, chciałam przemyśleć to i owo. A może i nie..? Nie, nie miałam ochoty myśleć. Po prostu szłam po to, aby być sama. Gmork widocznie to zrozumiał, bo nie szedł za mną - tylko odprowadził mnie wzrokiem.
Położyłam się niedaleko, ale na tyle, aby mój przyjaciel mnie nie widział. Westchnęłam i położyłam łeb na łapach, pogrążając się w myślach.
Nagle usłyszałam za sobą szelest. Myślałam początkowo, że to Gmork, więc powiedziałam:
- Zostaw mnie. Chcę być sama.
Jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Tylko kolejny szelest. Myślałam, że Gmork mnie posłuchał i poszedł sobie.
Ale po chwili poczułam chłód, jakby słońce, które było w zenicie, nagle zaszło. Spojrzałam w górę, a wtedy zamarłam. Nade mną stało... Nie wiem co, w każdym razie byłam pewna że to nie Gmork.
Skąd ta pewność? Bo mój przyjaciel pewnie by nie pozbawił mnie przytomności..

środa, 15 maja 2013

rozdział XI: Pożegnanie

Wstałam wcześnie rano. Od razu upewniłam się, że wszyscy są w jaskini. Tak, byli. Odetchnęłam z ulgą. Może tamte kroki były tylko złudzeniem, albo snem? Postanowiłam się tym nie przejmować i wyszłam z groty.
Ruszyłam w stronę pobliskiej polany, gdzie miałam nadzieję, że znajdę jakiegoś królika czy sarnę. Gdy się tam już znalazłam, ujrzałam dwa dorosłe króliki. Ruszyłam za jednym z nich w pogoń i po chwili skoczyłam na niego. Chwyciłam go za kark i wbijałam swoje kły w swoją ofiarę, która się wyrywała. W końcu królik skonał. Zjadłam go ze smakiem, po czym wróciłam do jaskini.
Gdy tam weszłam, okazało się, że wszyscy już się obudzili. Akurat wychodzili albo mnie szukać, albo się najeść.
- O, cześć, Blue - przywitał się Gmork. Uśmiechnął się.
- Hej - powiedziałam. Spojrzałam na Lune i Arię. Te akurat wychodziły z jaskini. Także się przywitały.
Potowarzyszyłam im podczas ich polowania, a potem poszliśmy się napić do strumyka, który na szczęście nie był za daleko.
Później, gdy wygrzewaliśmy się na słońcu, Lune powiedziała:
- Blue, Gmork.. Musimy wam coś powiedzieć.
W mojej głowie było wiele niepokojących i tych lepszych myśli. Miałam nadzieję, że tego zmieszania nikt nie zauważył.
- Mówcie - powiedział spokojnie Gmork.
Aria wzięła głęboki oddech.
- Obie należymy do pewnego stada. Nasz alpha wysłał nas na wyprawę w poszukiwaniu żywności. Nasze stado leży kilka dni drogi stąd, a tam trudno znaleźć jakąkolwiek sarnę, a nawet królika. - mówiła. - No i poszłyśmy. Zostałyśmy złapane przez ludzi, co z resztą wiecie. I dość długo nas nie ma, alpha pewnie się martwi, że nam się coś przydarzyło... I.. my...
- ...musimy wracać do naszego stada - dokończyła Lune.
Na chwilę zapanowała cisza, a potem zapytałam:
- Czy kiedyś się jeszcze zobaczymy..?
- Na pewno - odparła Lune z uśmiechem. - To zależy też od naszego alphy. Kto wie, może nasze stado przeniesie się w te okolice? Jest tu dużo żywności. To dobre miejsce dla nas.
Też się uśmiechnęłam.
- Kiedy wyruszacie? - spytał Gmork.
- Najlepiej by było, gdybyśmy wyruszyły już teraz - powiedziała Aria. - Lepiej być jak najszybciej, zanim nasze stado pomyśli, że przytrafiły się nam coś złego.. I, żeby coś w końcu zjedli!
- Hmm, no fakt. Jeśli chcecie, możemy was, eee.. odprowadzić - powiedziałam.
- Myślę, że to nie jest dobry pomysł - uznała Lune.
- Dlaczego?
- Trudno to wytłumaczyć - westchnęła wilczyca moonakr. - Nie chodzi mi o niebezpieczeństwa, tylko... Może zabrzmi to tak, jakbym was uważała za słabeuszów, ale mamy obawę, że nie przetrwacie. My znamy tamte strony i wiemy, jak sobie poradzić z tamtejszymi stworzeniami.
Chciałam zacząć wykład o tym, że jesteśmy dhamonami i damy sobie radę, ale Gmork powiedział:
- Dobrze.
.. po czym spiorunował mnie wzrokiem.


* * * 

Długo patrzeliśmy za Lune i Arią. Później, gdy zniknęły nam z oczu, pobiegliśmy w dalszą drogę, szukając przygody.

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział X: Rozwikłanie zagadki i nowa do rozwiązania

Po co by tu opisywać walkę wilków..? W każdym razie była ona zawzięta. Ba, bardzo zawzięta. Jednak był pewien moment, który rozwikłał całą sprawę z Gmorkiem.
Kiedy dhamon atakował właśnie Arię, ta chwyciła go za szyję i, o dziwo, z wielką siłą rzuciła go o skałę w podziemnej jaskini pod drzewem. Wszyscy zamarli, i ja, i Lune, Aria.. I Shafreye. Ci szczególnie byli zdezorientowani i... W ich oczach zobaczyłam strach.
Gmork leżał chwilę nieruchomo, po chwili podniósł głowę.
- Gdzie ja jestem..? - spytał słabym głosem. Rozejrzał się wokoło.
Po chwili można było spokojnie powiedzieć, że odzyskał siły; Gmork wstał na własne nogi i zaczął warczeć na Shafreye, dotąd ich "przyjaciół".
- To nie tak jak myślisz..! - powiedział jeden z wilków.
- T-tak, właśnie... - reszta też starała się jakoś bronić. Ja, Lune i Aria nie wiedziałyśmy, o co chodzi.
Shafreye cofali się, mimo, że w ich stronę szedł tylko jeden skontuzjowany wilk. W ich oczach widoczny był strach.
Po chwili, mimo tego, że Gmork był ranny, dhamon zaatakował. Zrobił to tak szybko, że po chwili wszyscy leżeli na ziemi, jęcząc. Widać było tylko, jak jego symbol na przedniej prawej łapie zaczyna świecić, podobnie jak oczy. Po chwili jednak było już po wszystkim.
Zamrugałam szybko oczami. A więc to tak wygląda moc dhamonów. To pewnie dlatego Shafreye zaczęły tak bać się Gmorka. Tylko dlaczego wcześniej był ich dobrym towarzyszem? To było dla mnie niezrozumiałe.

* * *

 Gmork opowiedział nam o tym, jak Shafreye chciały podstępnie wykorzystać go, podawając się za jego przyjaciół. Później do swojego jedzenia dostał coś dziwnego, co sprawiło, że był zupełnie, można powiedzieć, zahipnotyzowany. Shafreye manipulowały nim jak zabawką, chcieli dzięki dhamonowi zyskać znacznie więcej.
- Tylko co się wydarzyło wcześniej w jaskini? - spytała Aria.
- Tego nie pamiętam. Tego akurat nie - odparł Gmork, nieco zakłopotany.
- Czyli... Mamy kolejną zagadkę? - domyśliła się Lune - Bo skoro taka silna ekipa nie dała sobie rady z tym... czymś, bo nie wiemy, co to jest, to musi być to coś poważnego. Musimy się dowiedzieć, co to takiego. 
Wszyscy przytaknęliśmy.

Podczas gdy ja i Gmork leżeliśmy pod drzewem, odpoczywając po walce, Lune i Aria poszły gdzieś na ubocze i zaczęły o czymś rozmawiać. Aria była trochę zirytowana, a Lune stale o czymś zaprzeczała i mówiła, że "Nic się nie stanie, jak wrócimy później". Zaczęłam się bać, że Lune i Aria też zostały jakoś zahipnotyzowane i są pod wodzą tego potwora i muszą szybko wracać! Odepchnęłam od siebie tę myśl. W końcu trzeba myśleć pozytywnie! 
Po chwili Lune i Aria wróciły do nas. Nie wzbudzały żadnych podejrzeń do tego, że moje obawy się spełniły. Na szczęście. 
W czwórkę poszliśmy zapolować. Po obiedzie poszliśmy do jeziora, aby się orzeźwić. I tak nam minęła reszta dnia. 
Gdy znaleźliśmy opuszczoną, nawet sporą jaskinię, od razu do niej weszliśmy i usnęliśmy bardzo szybko. Przynajmniej ja, nie wiem jak reszta. Jednak, kiedy zasypiałam, słyszałam, że ktoś stąd wychodzi...

niedziela, 5 maja 2013

ROZDZIAŁ IX: Co się stało z Gmorkiem?

U tej rodziny mieszka się bardzo miło, ale jednak jest trochę za ciasno. Przynajmniej mamy dach nad głową, ciepło, jedzenie. Codziennie bawimy się z małą Amelką, która umie raczkować i najczęściej rzuca nam swoje zabawki na dworze, siedząc na kolanach matki. Hmm, może to dziecinne i głupie, że bawimy się z tą dziewczynką i że tak szybko dałyśmy się oswoić. Nie, nie może. Na pewno głupie.
Pewnego wieczora znowu rozmawiałyśmy w trójkę o Gmorku. Moje przyjaciółki myślały, że się w nim zabujałam. Nie zaprzeczałam, tylko śmiałam się. Bo nawet nie wiem, czy tak, czy nie. W każdym razie postanowiłyśmy go znaleźć po tym, jak za kilka dni opuścimy dom.

* * * 

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy pożegnałyśmy się z tą miłą rodziną i poszłyśmy dalej. Dobra, nie dalej - wracałyśmy w miejsce, gdzie wcześniej byłyśmy uwięzione, aby rozpocząć śledztwo w sprawie Gmorka, czy jak to mogę nazwać inaczej...
Gdy dotarłyśmy na miejsce, w ogóle nie było tu głazu, który zwykle zasłaniał wejście do jaskini. Zdziwiłyśmy się i zaczęłyśmy myśleć, że się pewnie zgubiłyśmy i to nie ta jaskinia. Weszłyśmy do niej i od razu miałyśmy pewność, że dobrze trafiłyśmy. 
Na ziemi były ślady walki, (chyba nie muszę tłumaczyć, jak wyglądają, prawda?) co oczywiście nie dało nam pewności, że to jest to miejsce, gdzie wcześniej byłyśmy. Dowodem na to, że to jest ta jaskinia, nie był też odcisk wilczych łap. A może..? Ale stuprocentową pewność dał nam szary wilk leżący w rogu jaskini - był to jeden z Shafreyów. Chciałyśmy z nim porozmawiać, co tu się stało, gdzie poszła reszta itd, no ale... Z nim już nikt inny nie pogada.
Wybiegłyśmy z jaskini i zaczęłyśmy węszyć. Trafiłyśmy na odpowiedni trop i poszłyśmy nim. W końcu trop się urwał. Wszystkie trzy wymieniłyśmy spojrzenia. Stałyśmy właśnie przed wielkim, starym dębem, którego korzenie tworzyły pewien otwór, przez który można było wejść do środka. Lune bez chwili wahania wskoczyła, więc ja za nią, Aria była tuż za mną.
Okazało się, że to było tajne wejście do innej jaskini. Zza rogu zobaczyłyśmy Shafreye rozmawiające ze sobą. Oczywiście w rozmowie uczestniczył też Gmork. Uznałyśmy, że lepiej nie pokazywać się. Może podsłuchiwanie jest też jednym z tych gorszych pomysłów, ale wybrałyśmy to niż się pokazać Shafreyom.
Byłyśmy nieco daleko od nich, ale na tyle blisko, abyśmy mogły usłyszeć ich rozmowę.
- Miejmy nadzieję, że tu nikt nas nie znajdzie - powiedział jeden z nich, dysząc ciężko jak po długim biegu. Widocznie dopiero co tutaj weszli.
- Mieliśmy wielkie szczęście.. Tylko został Wreik - dodał kolejny.
- Teraz będziemy musieli uciekać w strachu przed nimi - powiedziała czarna wilczyca.
Miałam ochotę zapytać się na głos, przed kim tak uciekali, co to była za walka w tamtej jaskini... No ale nie mogłam. Ledwie się powstrzymałam! Słuchałyśmy dalej..:
- Musimy coś zrobić z tym... czymś! - wykrzyknął tamten pierwszy.
- Tylko co..? - spytała wilczyca.
Dalszej części rozmowy nie usłyszałyśmy, bo Shafreye ściszyły głos na tyle, że z tej odległości nie dało się nic słyszeć. Chciałyśmy wyjść po cichu, ale kiedy już zaczęłyśmy wychodzić, wilczyca zawołała:
- Kto tu jest?!
Zdawało mi się, że serce mi na chwilę stanęło. Znieruchomiałam, podobnie jak Lune i Aria. Miałyśmy nadzieję, że nikt nas nie zdemaskuje. Wilczyca jednak podeszła w nasą stronę i po chwili już stałyśmy przed Shafreyami.
Gmork widocznie nie miał wcale zamiaru nam pomóc i powiedzieć, że nie jesteśmy szpiegami jakiegoś wrogiego klanu. Po prostu stał i się na nas patrzył, jak reszta wilków.
- Nie powinnyście tutaj być - w końcu rzekł ciemnoszary basior, po czym zwrócił się do reszty: - Nie wiadomo, ile usłyszały. Mogą wiedzieć za dużo. Nie powinniśmy ryzykować. Trzeba je zlikwidować.
Reszta przytaknęła. Ustawili się w dwóch rzędach na przeciwko nas. Może wyglądało to trochę śmiesznie, ale mnie, Lunę i Arię dało niepewność. Po chwili dziwny błysk w oku czarnej wilczycy uświadomił nam, o co chodzi; rozpoczynała się walka na śmierć i życie.
Stanęło mi serce. Nie chodziło mi o to, że trzy wilczyce miały stawić czoło trzem wilkom i jednej - sprawiającej wrażenie silniejszej niż basior - wilczycy. 
Moj feler był taki, że Gmork wcale się nie sprzeciwił. Też był gotowy do walki, jak reszta.




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ VIII: Prawdziwi przyjaciele

Już jestem tutaj trzeci dzień. Nie można tu wytrzymać, na szczęście Lune i Aria dotrzymują mi towarzystwa. Aria to ta czarnogranatowa wilczyca. Ona nie ma żadnej mocy specjalnej, ale umie kilka sztuczek. Nauczyła się ich od Luny, dowiedziałam się, że są przyjaciółkami. A z Gmorkiem nadal nie da się rozmawiać; trzyma się Shafreyów i nie wiem, jak i czy w ogóle się do niego odezwać. Jedzenie dostajemy raz dziennie, ale nie jest dobre, dodatkowo nie ma go zbyt dużo. Shafreye oczywiście dostają go więcej i jest sto razy lepsze. I Gmork też. To nie do wytrzymania. Nic tu nie robimy, nie ma szans ucieczki, nikt tu nie przychodzi - tylko jakiś facet, co nas karmi. W sumie to bez sensu nas tu trzymają. Niepotrzebnie tu się znalazłam, niby jesteśmy tu, aby nas do czegoś wykorzystać, a tu tylko dają nam jeść i tyle. To dziwne. Bardzo.
W końcu głaz się odsunął. Zdziwiłyśmy się, ja, Lune i Aria, bo dzisiaj już dostałyśmy swoją porcję, Shafreye zresztą też. Do jaskini, a raczej naszego więzienia, wszedł nieznajomy mężczyzna. Podszedł do naszej trójki. Ukucnął blisko nas powoli, po czym w tym samym ślimaczym tempie wyciągnął rękę. Lune nie miała do niego zaufania. Uważała, że ten człowiek jest jednym z tych złych. Ale mi wydawał się osobą spokojną i wartą zaufania. 
Shafreye nie wiedziały, co się dzieje. Dotąd oni stali w kącie i rozmawiali, co chwila wrogo spoglądając na nas. Chyba coś knuli. Ale teraz wybiegły z kąta i zaczęli warczeć. Widocznie oni też nie wiedzieli, kim jest nieznajomy.
W tym czasie mężczyzna powoli wyjął z torby trzy mocne, całkiem długie sznury. Zbliżył się do nas bardziej. Lune drażniła jego obecność. Tuż koło jego ręki kłapnęła kłami w ostrzeżeniu. Mężczyzna jednak ani drgnął.
- Nie bójcie się - przemówił spokojnym głosem. - Jestem przyjacielem..
Nigdy nie miałam zaufania do osób, które mówią: "Spokojnie, możecie mi zaufać" czy coś podobnego. Zwykle wtedy spotykałam kłopoty. Jednak mężczyzna chyba rzeczywiście nie kłamał. Ale bardzo nie podobały mi się te sznury... Ale Lune uległa, gdy facet zakładał jej na szyję "smycz". Aria też. Więc ja też się poddałam. Wyszliśmy z jaskini.

Nie stało się nic złego. Szliśmy po prostu dalej. Zaczęłam ufać temu człowiekowi. W końcu doszliśmy do bardzo małej wioski, widocznie mężczyzna tam mieszkał, bo z jednego z domków wybiegła pewna kobieta i wpadła w jego ramiona. Widząc nas, nie odskoczyła, nie krzyczała, nie kazała zamknąć nas w klatce czy coś takiego. Zachowała się tak, jakby nas tutaj nie było. 
Weszliśmy do chatki. Była większa, niż mi się wydawało. Mężczyzna pozwolił nam obwąchać i obejść swoje domostwo, po czym usiadł na krześle. Kobieta natomiast podeszła do małej kołyski i wyjęła z niej maleńkie dziecko. 
To było trochę dziwne uczucie, być w chatce ludzi, którzy są normalną, spokojną rodziną. Znaczy się, owszem, jest ich wiele. Ale jaka rodzina z tak małym dzieckiem pozwoliłaby trzem wilczycom wejść do swojej skromnej chaty? Wydawało mi się to trochę podejrzane, ale niedługo potem zmieniłam zdanie.
Otóż facet dał nam dobre jedzenie, na prawdę znakomite, nawet próbował pogłaskać. Lune mu nie pozwoliła, Aria dała się od razu, a ja skapitulowałam po niecałej minucie. To było na prawdę przyjemne uczucie.  
Gdy zbliżała się noc, mężczyzna podszedł do świecy i dmuchnął w nią. Ta szybko zgasła. Powiedział "dobranoc" i przeszedł do innego pokoju wraz z żoną i dzieckiem.

Jeszcze długo leżałam na milutkim dywanie, przytulona do Arii i Lune, szepcząc z nimi o tej miłej rodzinie. Razem uzgodniłyśmy, że możemy zostać w tym domu trochę, ale nie za długo. Maksymalnie tydzień.

Zasnęłam szybko, ciesząc się wolnością i tym, że trafiliśmy na tych wspaniałych ludzi. Nie wiedziałam, jakim cudem on nas stąd wyciągnął, ale wiedziałam jedno: Aria, Lune i ta rodzina to moi prawdziwi przyjaciele.

piątek, 5 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ VII: Lune

Spróbowałam jakoś wspiąć się po ścianach. Oczywiście było to niemożliwe, szczególnie dla wilka. Westchnęłam. Do mnie podeszła pewna wilczyca. Była popielata, z białym brzuchem. Łatwo można było ją rozpoznać po dziwnych znaku na czole i jasnoszarym księżycu na lewym udzie.
- Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiła.
Spojrzałam na nią ciekawsko, nieco zdenerwowana.
- Nie ufaj tamtej trójce - wskazała łbem na szarego i rudego wilka, i na czarną wilczycę (nie tą czarnogranatową). - Oni są naszymi wrogami.
- Dlaczego akurat tobie mam ufać? - spytałam.
- Bo ja nie jestem Shafreyem - odparła wilczyca. - Tylko Moonakrem.
Dziwiłam się. Za dużo tego wszystkiego. Moonakry, Dhamony i Shafreye... Niczego nie rozumiałam.
- Nigdy nie słyszałam o Moonakrach i Shafreyach, o Dhamonach dowiedziałam się przedwczoraj wieczorem - powiedziałam i pokręciłam łbem. - Ale to potem. Czego oni chcą?
- A bo ja wiem... - westchnęła wilczyca. - Ja jestem tu dopiero tydzień, a może aż tydzień... Było kilkanaście prób ucieczki, jednak oni w trójkę stale nie chcieli mi pomóc w ucieczce, nawet ją utrudniali. Mówię ci, coś z nimi nie tak. Wiem, że są Shafreyami, ogólnie to nie żadne takie rzadkie istoty jak my. To po prostu wilki, które współpracują z ludźmi i nie tolerują obecności innych wilków, które nie są Shafreyami. Najczęściej są uczone różnych magicznych sztuczek, ale głównie sztuki walki. Ale to nie moc wrodzona. Shafreyom nie warto ufać.
Przytaknęłam. Nie wiedziałam, czy warto jej ufać, ale coś mi kazało trzymać się jej. Spojrzałam na Gmorka.
- Często tu jest? - spytałam wskazując na niego. Już nie wiedziałam, czy Gmork jest wart zaufania, czy nie. 
- Hm, pojawia się od dwóch lub trzech dni - odparła wilczyca. - Pewnie też jest Shafreyem. 
- To niemożliwe - powiedziałam. - Pewnie jest zmuszany do tego... Bo na pewno nawet Shafrey nie zgodziłby się chodzić na smyczy!
- Hmm, to nawet możliwe. Ale powiedz mi, dlaczego on teraz rozmawia z nimi?
Spojrzałam w lewo. Rzeczywiście, Gmork rozmawiał z tymi dwoma tajemniczymi wilkami. Zdziwiłam się, ale nic nie powiedziałam. Westchnęłam tylko. Nie zobaczyłam czarnej wilczycy, która stała przy nas. Wilczyca Moonakr widocznie też nie.
- Jeszcze się nie przedstawiłam - powiedziałam szybko, zmieniając temat. - Blue.
- Lune - odpowiedziała wilczyca. Uśmiechnęłyśmy się do siebie.
Czarna wilczyca wróciła do reszty Shafreyów, trochę zdenerwowana.
- Lune przekonała białą - powiedziała do reszty szeptem. - Trzeba coś z nimi zrobić.
Reszta przytaknęła zgodnie, prócz Gmorka, który tylko westchnął.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział VI: Jak się stąd wydostać?

Otwarłam oczy. Wkurzało mnie to, że nie mogę w spokoju żyć. Stale na swojej drodze spotykam jakieś przeciwności. Westchnęłam i wstałam. Zadałam sobie pytanie, dlaczego znowu obudziłam się w innym miejscu, niż byłam przed chwilą?! A może i "spałam" dłużej, niż mi się zdawało... Zaczęłam się rozglądać; oczywiście nikogo tutaj nie było, panowała tutaj ciemność i cisza. To zawsze bardzo wkurza, lub straszy. Jednak mnie bardziej to denerwowało. Poszłam przed siebie, szukając jakiegokolwiek wyjścia, o ile tu jakieś było. 
W sumie to tamte nietoperze miały rację, odlatując od tamtego światła... Ciekawe, skąd wiedziały o niebezpieczeństwie. Pomyślałam, że warto by było użyć jakieś mocy dhamona, jednak nie wiedziałam, czy mi się przyda którakolwiek z nich. Znów westchnęłam, tylko teraz ciężej.
Usłyszałam za sobą jakiś szelest. Tym razem nie musiałam biegać wokół własnej osi, ponieważ postać już się nie kryła przede mną. Była wilczycą, której sierść zdawała się być granatowoczarna. Oczy były ciemnozłote, wpatrzone w moje. Na początku patrzyłam ze strachem na nią, ale potem uznałam, że nie ma czego się bać. Nic mi nie chciała zrobić, wyglądała na spokojną. Po chwili w ciemnościach zaświeciły się jeszcze inne pary oczu, niekoniecznie złotych, bo też zielone, brązowe, ple ple ple... ._.
Postacie zbliżały się. Wszyscy okazali się być wilkami, a łącznie było ich pięciu. Wilki stanęły przede mną.
- Kim ona jest? - spytał jeden z nich.
- Nowa - odparła czarnogranatowa (bo jak ją inaczej nazwać? o-o).

Szarobiały wilk zbliżył się do mnie.
- Pewnie nie wiesz, co to jest za miejsce, prawda? - zapytał.
- Nie - odpowiedziałam krótko.
- Podejrzewają nas o bycie dhamonami lub moonakrami - powiedział wilk. - Dhamonami akurat nie jesteśmy, natomiast wśród nas są dwa moonakry. 
- I tylko dlatego nas tu złapali? - rozzłościłam się. 

- Tak. Moonakry i dhamony są rzadkie... - powiedział rudoszary wilk.
Nie miałam ochoty pytać się, kim są moonakry. Nie było czasu, bo usłyszeliśmy jakiś hałas. Odwróciliśmy się szybko w stronę dźwięku. Jednak tam nic się nie ruszało, ale po chwili w mroku ujrzeliśmy błysk czyichś oczu. Pięć moich "sprzymierzeńców" zaczęło powarkiwać, więc ja też postanowiłam warczeć. 

Bardzo się zdziwiłam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego człowieka z wilkiem na smyczy. W ogóle było to dziwne, aby trzymać na smyczy wilka. Wśród nas sześciu facet był bezbronny nawet z tym młodym basiorem! Przecież oni nie mają szans z nami! "To się nazywa przewaga liczebna." - pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu.
Jednak to nie był wilk do obrony. Po chwili wyłonił się cały z cienia. Był to Gmork.
Jakie to dziwne, że spotykamy się w tych najgorszych momentach, tych najmniej spodziewanych. To trochę podejrzane, ale teraz nie będę się tym przejmować.
Mężczyzna szybkim ruchem odpiął ze smyczy Gmorka, po czym wycofał się i zniknął w cieniu. Wyszedł stąd. Nie wiedziałam, dlaczego nie zaatakowaliśmy tego faceta. Też nie miałam pojęcia, jak oni tu weszli. Przecież tu nigdzie nie było drzwi, dziury, nic! Może gdzieś tam w cieniu... 
Oczywiście ZNOWU nie miałam czasu się zastanawiać nad tym, co dla mnie ważne, bo wreszcie znalazłam Gmorka. Albo to on znalazł mnie... Chciałam do niego podbiec, jednak on skarcił mnie wzrokiem, co pewnie znaczyło, że nie mam do niego podchodzić. Domyśliłam się, że to ma być tak, jakbyśmy się w ogóle nie znali. Jestem ciekawa, co to znaczy - może te sześć wilków, które jest tutaj prócz mnie i Gmorka, są tak na prawdę naszymi wrogami? Może chcą się tylko z nami zaprzyjaźnić, aby potem dowiedzieć się, kim na prawdę jesteśmy? Miałam wiele pytań do Gmorka, jednak widocznie teraz nie mogłam.
Podeszłam do miejsca, gdzie po raz ostatni widziałam tamtego mężczyznę. Zobaczyłam wielki głaz, ktory zasłonił przejście. Niestety, nie dało się go odsunąć - widocznie był na prawdę gigantyczny, toteż ciężki. Westchnęłam. Nie miałam zamiaru rozglądać się w poszukiwaniu innych miejsc, gdzie moglibyśmy uciec. Trzeba było jakoś przesunąć kamień. Ale jak?
Podeszłam do tej czarnogranatowej wilczycy i zapytałam, czy kiedyś razem próbowali odsunąć głaz. Ona westchnęła i powiedziała, że tak, ale to trudne, skoro głaz jest zasunięty od zewnątrz. 
Zaczęłam się kręcić po jaskini. Zobaczyłam smugę światła przede mną. Spojrzałam w górę. Na górze, nie tak wysoko, wpadały promienie słoneczne.

czwartek, 21 marca 2013

Rozdział V: Poszukiwania i przygoda w jaskini

 Obudził mnie jakiś szelest. Od razu otworzyłam oczy i podniosłam łeb. Zaczęłam się rozglądać. Spojrzałam na Gmo... Zaraz, zaraz! Nigdzie nie było Gmorka!

Zerwałam się z miejsca i zaczęłam go szukać. Nigdzie go nie było. Nie wiedziałam, kiedy odszedł i czy w ogóle zrobił to z własnej woli.
Gdy minęło pół godziny, odkąd szukałam swojego przyjaciela, postanowiłam sprawdzić, czy nie ma go czasem w miejscu gdzie walczyliśmy z psami. Tam go nie było. Uznałam, że nie warto szukać gdzie indziej. 
Gmork po prostu przepadł.
Szukałam jeszcze długo, potem upolowałam i zjadłam dwa króliki.
W końcu, gdy przeszłam już kilka kilometrów, uznałam, że Gmork nie mógł pójść aż tak daleko. Pomyślałam też, że ktoś go MUSIAŁ porwać. Bo przecież sam by nie odszedł ode mnie... chyba. Nagle do głowy przyszedł mi zwariowany pomysł - może wchodzić do różnych miast i domów, aby sprawdzić, czy go tam nie ma? Skarciłam się w myślach. Za dużo ryzykowałam dla byle wilka. No dobra. To nie był byle wilk. Chciałam dokończyć tę myśl inaczej, ale ponownie się skarciłam i dokończyłam; mógł mnie nauczyć jeszcze wiele o dhamonach! 
Byłam zła na siebie i też trochę na Gmorka. Postanowiłam przerwać poszukiwania.
Znalazłam jakąś opuszczoną, małą jaskinię i postanowiłam się w niej zatrzymać. Położyłam się w jej progu i ułożyłam łeb na łapach. 
[dok.]

Nawet nie wiedziałam, kiedy usnęłam. Nigdy przecież nie śpię w ciągu dnia! W każdym razie teraz tak się stało. Byłam trochę zła na siebie, ale nie miałam czasu na tego podobne sprawy. Otóż nie obudziłam się w swojej jaskini. Pfff, to nie była moja jaskinia, więc można powiedzieć, że nie obudziłam się tam, gdzie usnęłam. I to mnie nie tylko zdziwiło, ale też przeraziło. Na szczęście nie byłam w żadnej klatce lub ciężarówce. Tylko, że... Byłam w znacznie bardziej przerażającym miejscu.
Tak, może i fakt, że jestem w innej jaskini was nie poruszy, jednak to nie była zwykła grota. Otóż wszędzie było pełno stalaktytów [tak dla tych, którzy nie uważali na lekcjach - są to takie jakby duże kawałki skał zwisające z sufitu wielu jaskiń], a na końcu było jakieś czerwone światełko... Tak, tak, to jeszcze nie jest straszne. Tylko czy przerazilibyście się, gdybyście słyszeli jakieś szepty za sobą, mimo, że za tobą jest ocios ciemnej jaskini? [ocios - ściany groty] No, tylko, że te szepty wymawiały moje imię, kiedy się odwracałam, pojawiały się za mną, i tak w kółko się kręciłam, w końcu zrezygnowałam z biegania wokół własnej osi. Postanowiłam znaleźć wyjście, bo zwykłe wejście zostało zasunięte jakąś skałą. Poszłam w stronę tajemniczego światła, ignorując dziwne szepty.

Nad moją głową przeleciało kilka nietoperzy, ale te, zauważając światło, od razu odleciały. Zdziwiłam się. Nietoperze nie powinny aż tak bać się światła! Pomyślałam, że to może być coś niebezpiecznego. Mimo to poszłam dalej.
Jednak po chwili, zamiast widzieć blask światła z bliska, nastała dla mnie ciemność.

piątek, 15 marca 2013

Rozdział IV: Ucieczka i cała prawda o dhamonach.

Minął już tydzień, odkąd walczymy z psami. Mieliśmy tego dość! Codziennie walczyliśmy z coraz groźniejszymi napastnikami.
Postanowiliśmy dzisiaj stąd uciec. Kiedy przyszła moja kolej na walkę, a Gmorka właśnie ładowali do klatki, mój przyjaciel w pewnej chwili odwrócił się i skoczył na osobę, która właśnie go wprowadzała do 'więzienia'. Ta przewróciła się. Wszystkie twarze zostały zwrócone ku Gmorkowi, a ja w tym czasie, uciekłam z 'ringu'. Wybiegliśmy z obory, której drzwi było łatwo otworzyć.
Przez chwilę nasz były właściciel nas gonił, ale w końcu skapitulował. Zapuściliśmy się głęboko w leżący nieopodal las. A że był wieczór, położyliśmy się na ziemi (gdyż nie mieliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy usnąć - żadnej nory, jaskini).
- Czy możesz mi teraz powiedzieć wszystko o tym znaku na naszych łapach? - spytałam po chwili milczenia.
Gmork spojrzał na mnie i powiedział:
- Mogę. A więc, to znaczy, że jesteśmy dhamonami... [czyt. dejmonami]
- Dhamo.. co?
- Dhamonami. - powiedział spokojnie wilk.
Spojrzałam na niego w osłupieniu.
- Co to w ogóle jest..?
Gmork zaśmiał się głośno.
- Nigdy o nich nie słyszałaś? - a widząc, że pokręciłam głową, zaczął opowiadać: - A więc dhamony to bardzo rzadkie stworzenia. Występują w różnych postaciach - czasem jest to wilk, innym razem dziki kot, rzadziej człowiek. W sumie jest ich koło 13. Kiedy przychodzi odpowiedni czas, dhamon dokonuje jakby ewolucji. Znak na jego ciele zaczyna lekko błyszczeć i boleć. Wtedy czuje jakiś napływ energii. Potem może używać swojej mocy kiedy tylko chce. A kolorów znaków na łapie czy ręce to czerwony, niebieski, biały lub złoty. Ty masz niebieski, więc twój żywioł to woda. Mój jest ogniem. Już przeżyłem tą całą ewolucję, jednak nie używam tej mocy na codzień, bo nie chcę, aby stało się coś złego.
- Na przykład co? - chciałam wiedzieć o dhamonach jak najwięcej.

- Jest wiele ludzi, którzy łapią dhamony - te w postaci zwierząt - i chcą sprzedać, zarabiają sporo kasy. Na szczęście tamci co nas chcieli zbadać, nie wiedzą o istnieniu takich istot jak dhamony. Poza tym, gdy używamy swojej mocy, najczęściej czujemy pewien ból, czasem możemy nawet stracić przytomność. To zależy od siły mocy.
Podczas gdy on mówił, ja zaczęłam się zastanawiać nad tą mocą.. Nie wiedziałam, dlaczego dhamony nie są przyzwyczajone do tego mdlenia, powinny być jakoś uodpornione! Powiedziałam to Gmorkowi.
- Wszystko ma swoje plusy i minusy - odpowiedział na to mój przyjaciel. - Masz jakieś jeszcze pytania?

- Tak. Czy dhamony to jakby idzie przez geny?
- Nie - odpowiedział krótko Gmork. - Jeszcze coś?
Ja potrząsnęłąm łbem. Nic nie przychodziło mi do głowy.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę na wiele różnych tematów, nawet bezsensownych, a potem usnęliśmy.



poniedziałek, 11 marca 2013

Rozdział III: Walki psów

Gdy mężczyzna wyniósł nas z ciężarówki, okazało się, że trafiliśmy na targ. Od razu skojarzyłam sobie, że facet będzie chciał nas sprzedać za duże pieniądze. I tak się stało.

Mężczyzna położył klatkę na jednym ze stołków, przed nami wystawił kartkę z napisem "Na sprzedaż". Gmork pokręcił łbem. Szepnął do mnie:
- Wyglądaj na groźną - poradził. - Jest wielkie prawdopodobieństwo, że to odrzuci wielu kupujących.
Przytaknęłam. Oboje zaczęliśmy warczeć na przechodzących, a przy każej okazji kłapaliśmy szczękami, próbując ugryźć przechodniów. Ci przebiegali jak najdalej od naszych klatek, chcąc być bezpiecznym.
Po kilku godzinach siedzenia w klatce i warczenia, podszedł do nas pewien mężczyzna. Zaczął rozmawiać z naszym 'panem':
- Kupię je. Przydadzą się do walk psów. Ile kosztują?
- Tysiąc pięćset - odparł 'pan'.

Kupujący pokręcił głową.
- Dam tysiąc - zaproponował. Rozpoczęła się licytacja.
W końcu stanęło na 1 300 zł. Nasz nowy właściciel zabrał klatkę i włożył do samochodu. Rozpoczęła się kolejna jazda samochodem... 
W drodze zapytałam Gmorka o walki psów. Ten opowiedział mi, że ludzie zakładają się, który z psów wygra podczas walk, i gdy wygrywa zakład, dostaje sporą sumę pieniędzy. Psy walczą ze sobą do upadłego. 
Zdziwiłam się.
- Ale my nie jesteśmy psami!
- No cóż, kilka wilków też brało udział w tych walkach, więc my też możemy.
- Ja nie chcę! - zaprotestowałam.
- Ja też - westchnął Gmork. - Ale musimy. Niestety. Ale mamy nad tymi psami przewagę, w końcu jesteśmy wilkami..!
Położyłam łeb na łapach i zamknęłam oczy. Pomyślałam sobie, że ta cała podróż to tylko sen. Nie, nie sen - prawdziwy koszmar! Bardzo chciałam się obudzić. Ale okazało się, że to rzeczywistość, niestety.
Po kilku minutach przejażdżka dobiegła końca. Wyjęto nas z klatki, weszliśmy do jakiejś stodoły.
Tam słychać było szczekanie psów i powarkiwania. Stodoła była duża, mieliśmy własny kąt, więc nie musieliśmy się martwić o miejsce na klatkę (to była ironia, z tą dużą ilością miejsca -.-). Niedaleko nas odbywała się walka dwóch psów - wilczarza irlandzkiego i boksera. Bokser skonał, nie miał szans z takim olbrzymem.
W końcu minęło kilka walk, kolej na nas. Nie walczyliśmy przeciwko sobie, najpierw poszłam ja. Ughhh, dlaczego nie Gmork? Miałam walczyć z dużym owczarkiem podhalańskim. Tak, ten biały michu podobny do goldena. Czyż nie słodki? Tylko jaki duży! Zostaliśmy wpuszczeni do osobnych, małych klatek. Ludzie zaczęli się zakładać. Większość, ze względu na wielkość owczarka, wybrali jego. Zakłady były na prawdę duże. Że też ludziom nie żal tej kasy! 
Po chwili zaczęli odliczać. 3.. 2.. 1.. Otworzyli klatki. Owczarek wybiegł pierwszy. Ja nie zdążyłam jeszcze do końcy wybiec z klatki, a ten już skoczył w moim kierunku. Szybkim ruchem uniknęłam ataku, skręcając. Nie miałam ochoty walczyć. Ten pies przeciwnie. Co mu zrobili? Dlaczego wywołują taką agresję na psach?! Kto wymyślił te durne zawody? Ciekawe, co by zrobili ci ludzie, którzy teraz tak się na nas gapią, gdyby byli w mojej skórze.
Te rozmyślania przerwało wielkie psisko, które na mnie biegło z zawrotną prędkością. Stale skręcałam, unikając ataków, a pies wlatywał w ściany 'ringu'. W końcu nie zdążyłam i chwycił mnie za kark. Wykręciłam się i z furią skoczyłam na niego. Gryźliśmy się długo, w końcu odskoczyłam. Kilka następnych rąbnięć w ściany pozbawiło owczarka tak dużej siły, jaką miał na samym początku walki. W końcu biegał już wolniej, a wtedy go dobiłam. Pies padł bez tchu.
Kilkunastu ludzi zaczęło krzyczeć z radości, kilkudziesięciu ze złości. Mój właściciel zaprowadził mnie do klatki i wypuścił z niej Gmorka. Teraz to on miał walczyć. Nie miałam zamiaru tego oglądać. Poza tym byłam zmęczona. Raz skierowałam swój wzrok na 'ring', gdzie Gmork walczył zajadle z amstaffem. Walka była bardzo długa. Usłyszałam od któregoś z ludzi, że nie może się zakończyć remisem. Przecież oboje byli bardzo ranni! Po raz enty się pytam, dlaczego wymyślili walki psów?! W tym przypadku - walki psów i wilków!
Po kilkudziesięciu następnych długich minutach, oboje walczący opadli bez sił. Amstaff pierwszy, Gmork po minucie, więc uznali wilka za zwycięzcę szalonej walki. Przynieśli Gmorka do klatki. Nie miał ochoty rozmawiać. Nie dziwiłam mu się, nie miał dość siły.
Zapadł zmrok. Nie mogłam usnąć. Psy stale szczekały, mnie dręczyły złe myśli. Bałam się, że w końcu jakiś z psów zabije mnie i Gmorka. Chciałam się stąd wyrwać. Jednak nie miałam żadnego pomysłu. 
W końcu, koło drugiej nad ranem, usnęłam.